Wszechmocny - fragment powieści #1


Z przyjemnością przedstawiam Wam pierwszy fragment mojej powieści pt. Wszechmocny.

Mam jeszcze kilka egzemplarzy tej powieści. Kto chciałby dostać w promocyjnej cenie, tego zachęcam do pisania do mnie na powaznypostczlowiek@gmail.com





WSZECHMOCNY
1.

Słyszałem krzyk. Głośny i piskliwy, wydobywający się z ust wystraszonej kobiety. To był krzyk mojej matki. Przerażonej, doświadczonej przez życie i los w sposób najokrutniejszy. Ale czy jedna osoba może mieć gorzej od wszystkich innych? Czy los działa wybiórczo? Czy można za wszelkie zło nie obwiniać tego, który patrzył na świat i zsyłał na niego wszystkie te okropieństwa?
Tak jak jeszcze niedawno cała nasza rodzina modliła się do Niego gorliwie, tak teraz bluźniła i złorzeczyła, chyba podświadomie wołając o pomstę, bo nic innego już nam nie pozostało.
Ale On milczał.
Matka krzyczała, a ja zatykałem uszy, chcąc bronić się przed lamentami, które z każdą nocą coraz bardziej zadamawiały mi się w głowie i przez wiele kolejnych lat nie chciały jej opuścić.

***

Pan siedział na komodzie, tam gdzie go położyłem zaraz przed tym, jak mama zaczęła płakać, a gromkie słowa ojca rozbrzmiały w korytarzu. Kuliłem się niczym zaszczute zwierzę, które jeszcze nie widzi napastnika, lecz już słyszy jego oddech i nie ma dokąd uciec.
Pan siedział i patrzył na mnie przyszytymi do miękkiej, jajowatej główki oczami z guzików. A ja powoli, raz po raz, okalałem wzrokiem pogrążony w półmroku pokój. Nie domknąłem drzwi, a przez szczelinę wpadał do pomieszczenia wąski snop światła.
I dźwięki. Nasłuchiwaliśmy wraz z Panem i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Zapanował pozorny spokój. Wyszedłem z kąta i przylgnąłem twarzą do szyby, na której zaczęły tworzyć się białe smugi. Zanim znów usłyszałem głos matki i uciekłem w kąt, wyrysowałem na zimnej powierzchni uśmiechnięte buzie z rozbieganymi oczyma, potarganymi włosami. Potem wytarłem wszystko. Uzdatniłem inny fragment do rysowania. Nakreśliłem poziomą linię i dwie kropki nad nią. Spojrzałem z ukosa, tak, aby jedna z nich pokryła się z księżycem w pełni, lśniącym na czarnym niebie.
Aż sam się skrzywiłem.
To właśnie wtedy matka, podniesionym głosem, zaczęła mówić sama do siebie, a za oknem wzbił się w powietrze ptak, najwyraźniej spłoszony jej nieprzyjemnymi słowami. Słyszałem trzepot jego skrzydeł — leciał z trudem, jakby powietrze nagle zgęstniało i stało się przeszkodą niemal nie do przebycia. Jakby świat stał się lepkim, kipiącym z garnka mlekiem.
— Czemu myślę o mleku? — powiedziałem wtedy sam do siebie.
Matka zaszlochała.
A ja starałem się ignorować burczenie w brzuchu.

***

Dzień przywitał mnie natarczywym dźwiękiem budzika. Słońce stało wysoko. Gdy otworzyłem oczy, spojrzałem na świetlną kulę z wyrzutem — obrzuciłem ją karcącym wzrokiem za to, że wzeszła już tak dawno temu. W odwecie oślepiła mnie na chwilę.
Schowałem głowę za firanką i przez nią spojrzałem raz jeszcze. Teraz słońce stało się ciemniejsze, bardziej pomarańczowe niż biało-żółte. Patrzyłem tak jeszcze przez kilka sekund, a potem wygrzebałem się z pościeli i usiadłem na brzegu łóżka.
Rodzice byli w kuchni i rozmawiali. Ich głosy dochodziły do mnie w niemal niezmienionej formie, tak, że bez trudu mogłem rozpoznać, kto i co dokładnie mówi.
— Nie powinnaś przesiadywać ciągle w jego pokoju — powiedział ojciec, jednocześnie przeżuwając coś. — Powinniśmy go zamknąć. Nie wchodzić tam przez jakiś czas. Odciąć się od niego.
Matka nie odpowiedziała. Słyszałem, jak nalewa sobie kawy z plastikowego dzbanka od ekspresu, który rano zawsze stał na stole.
(...)
— Ty chyba nie rozumiesz tego, co czuję. — Dochodzący z kuchni głos matki był przesiąknięty smutkiem. — Czy dla ciebie on naprawdę nic nie znaczy?
— Kurde, to tylko pokój. To tak, jakbyś modliła się nie do Jezusa, ale do wiszącej na ścianie figurki. To tylko część domu, który powinien znów stać się użyteczny.
— Okej, ale ta figurka jest dla ciebie… pośrednikiem? Tak samo dla mnie jest nim ten pokój. Ty w ogóle go kochałeś? — Nagle zmieniła temat. — Kiedykolwiek czułeś coś do własnego syna?
Ojciec nie odpowiedział.
Zazgrzytało odsuwane krzesło. Po chwili słychać było, jak matka wychodzi. Potem jej kroki ucichły, wraz z odgłosem zamykanych drzwi. Ojciec zaklął pod nosem.
Wciąż siedząc na brzegu łóżka, spojrzałem na Pana, spoczywającego na szafce nocnej obok lampki i czerwonego, kwadratowego budzika z fluorescencyjnymi wskazówkami. Miał opuszczone poza wyślizgany blat nogi, rączki opierał za plecami. Wyglądał, jakby wylegiwał się w południowym słońcu, przy okazji mocząc stopy w chłodnej sadzawce.
— Dzień dobry, Panie — powiedziałem na głos, biorąc Go do ręki i kładąc na łóżku. Ubiłem dłońmi kołdrę wokół lalki, tak, aby ta się nie przewróciła, i uklęknąłem naprzeciw niej, na podłodze. Przez chwilę jedynie patrzyłem w okno; widziałem obrośnięte zielonymi liśćmi drzewo, na którego dolnej gałęzi dawno temu zawieszona została drewniana huśtawka.
— Panie, daj mi siłę, abym dzisiejszego dnia… — w końcu rozpocząłem modlitwę, jednak zaciąłem się już po pierwszych słowach, nie wiedząc, co powiedzieć dalej.
— Abym był człowiekiem dobrym i prawym, jakim starałem się być wczoraj. — Usłyszałem pomocny głos taty, dochodzący zza uchylonych wciąż drzwi.
Nie musiałem się odwracać, aby zobaczyć zaczerwienione oczy i ich wbity we mnie wzrok. Szybko złożyłem dłonie. Wcześniej opierałem je na krawędzi łóżka. Powoli powędrowałem nimi w górę brzucha, klatki piersiowej, aż w pewnym momencie końcówki palców dotknęły brody.
— Panie, daj mi siłę, abym dzisiejszego dnia — zacząłem od początku — mógł być dobrym człowiekiem i abym…
— Sprostał… — podpowiedział zmęczony głos.
— I abym sprostał Twoim oczekiwaniom i oczekiwaniom moich rodziców. Amen — zakończyłem szybko.
— Ciągle zapominasz o najważniejszym — powiedział tata, powoli i z wyczuciem składając słowa w zdania. — Zanim będziesz prosić o cokolwiek naszego Pana, dziękuj mu za to, co już dostałeś.
Chciałem zacząć jeszcze raz:
— Panie, dziękuję za…
— Ciii — przerwał mi tata. — Pan słucha już teraz kogoś innego. Musisz na samym początku przykuć jego uwagę. Wieczorem podziękujesz za udany dzień. A teraz szykuj się. Wychodzimy za godzinę.
Dziś była niedziela.
Skąd wiedział, że będzie udana?

***

To był inny krzyk niż ten, który słyszałem wieczorami. Ostrzejszy, składający się w wyraźne słowa, choć ich znaczenie miało dotrzeć nie tylko do mojego umysłu, ale
i serca. Wtedy jeszcze nie potrafiłem zrozumieć, którędy głos kapłana ma się tam dostać.
Grafika: Filip Matuszewski
— Chcę postawić pytanie: skoro Bóg jest Bogiem, to dlaczego świat jest utrapiony cierpieniami? Chrześcijanie wierzą, że Bóg jest suwerenny, bo wszechpotężny, może czynić wszystko, co zechce, i nie jest ograniczony żadną nieadekwatnością. — Grzmiał na cały kościół kapłan, nie szczędząc ani gardła, ani głośników, niebezpiecznie drżących i buczących przy każdym jego słowie. — Chrześcijanie wierzą, że nikt ani nic nie może konkurować
z Bogiem. On wykonuje swą wolę niezależnie od kogokolwiek lub czegokolwiek. Dlatego Bóg, którego znamy, jest suwerenny w sensie absolutnym, ponieważ łączy w swej naturze zasadnicze elementy: absolutną moc, doskonałą mądrość i zupełną wolność.
Obawiałem się głosu księdza, mimo to fascynował mnie on. Czułem, że słowa w jakiś sposób przemawiają do mojej świadomości. Jak na razie językiem nie do końca zrozumiałym, ale jednak docierającym do wnętrza.
Tylko do serca, czy do umysłu?
Byłem nim tak zaaferowany, iż słuchałem z przejęciem, może nawet trwogą, którą miałem pojąć dopiero wiele lat później, lecz wtedy miała ona nie mieć już dla mnie najmniejszego znaczenia.
Na chwilę spojrzałem w bok. Po prawej stronie, w jednej ze ścian monumentalnego, ceglanego budynku widniał rząd kolorowych witraży. Było ich pięć — wysokich, wąskich, rzucających na podłogę mozaikę kolorowych refleksów. W centralnym punkcie znajdował się witraż nieco większy od pozostałych. Sięgał niemal do samego sufitu, był przynajmniej o metr szerszy od reszty. Składał się głównie z trzech kolorów: szarego, żółtego i fioletowego. Przedstawiał mężczyznę stojącego obok kolumny, oplecionego jasną togą, odsłaniającą twarz, fragment lewej piersi i stopy. Miał długą, siwą brodę, dosięgającą niemal do kolan. Za nim natomiast widać było opadające w dół promienie świetlne, rzucane jakby przez usytuowaną powyżej latarkę.
— Czy to o nim mówi ksiądz? — myślałem na głos.
Mama obróciła głowę w moją stronę — ociężale, jakby ruch ten sprawiał jej ból, jakby był dla niej ogromnym wysiłkiem.
— Tak, synku — powiedziała, gdy jej spojrzenie spoczęło na moich zaróżowionych policzkach. — Ksiądz mówi o waszym… naszym Panu. A to właśnie On nim jest. — Spojrzała na witraż. Potem przeniosła wzrok na duży obraz za ołtarzem, przedstawiający siedzącego na kamieniu, półnagiego mężczyznę, trzymającego na barku wysoki, wyższy od niego samego krzyż. Obok siedział starzec z siwą brodą, nad głową którego jaśniał świetlisty trójkąt. Wysoko nad ziemią widać było coś jeszcze, co świeciło na nich.
Zawsze siedzieliśmy daleko od ołtarza. Nigdy nie mogłem dostrzec, co to właściwie jest. Może to też latarka? Mama ponownie na mnie spojrzała. W jej oczach dostrzegłem nieprzemijający ból.
 Zmierzwiła mi dłonią włosy i obróciła wzrok z powrotem na księdza. Oboje wsłuchaliśmy się w jego słowa, które ten zawsze wypowiadał z pewnego rodzaju namaszczeniem i zachwytem. Często z jego ust tryskały krople śliny, widoczne w strumieniu światła, padającego do środka przez okno z lewej strony. Tak samo dostrzegalne były wiry kotłującego się wokół kurzu, któremu nie było dane zaznać spokoju i osiąść spokojnie.
— Jeśli dodacie do tego chrześcijańskiego założenia myśl, że fundamentalnym atrybutem natury Bożej jest miłość, to wówczas mamy fascynującą moc połączoną z kochającym sercem. Ten rodzaj wiary zapewnia duży komfort i jest niepodważalny dopóty, dopóki jakieś doświadczenie dnia codziennego nie wstrząśnie naszą wiarą. Wówczas mogę się zastanawiać — czy to ja popełniłem błąd, czy może po prostu źle przedstawiałem sobie istotę świata? Czyżbym w tym wszystkim się mylił?
Co to jest na tym obrazie?
To my siedzieliśmy za daleko, czy to on był zbyt wysoko, abym mógł dostrzec ten jeden, drobny szczegół?
Brakowało mi teraz Pana. Został w samochodzie. Tata mówił, że tak powinno być, bo On już patrzył na mnie oczami nie lalki, a księdza. I oczami Tego, który znajdował się na obrazie. Oczami wszystkich świętych, uwiecznionych na wiszących na ścianach i kolumnach portretach.
Tata mówił, że Oni są ważniejsi od mojej lalki. Szmaciany Pan jest tylko odzwierciedleniem — „odzwierciedlenie”, nie rozumiałem tego słowa — naszej wiary. Mojej wiary. Ma mi pomagać ją pielęgnować. Ma mi przypominać o porannej i wieczornej modlitwie.
Pan przypomina mi o Tym, który znajduje się w Niebie i patrzy cały czas na nas wszystkich. Jednak nie poświęca całej uwagi tylko mi. W takich momentach mam się bawić z lalką. Te inne chwile następują jednak rzadko. Nasz Ojciec, jak zwykł mówić tata, w szczególny sposób patrzy na mnie wtedy, gdy jestem w kościele, gdy się modlę. Również, gdy czynię to, za co by mógł mnie pochwalić, gdyby tylko komunikował się z ludźmi. Lub gdy czynię zło, za które musiałby mnie ukarać.
— Czemu nie może się do mnie odezwać? — spytałem pewnego razu. — Czemu Pan nie może ze mną porozmawiać, skoro cały czas mnie obserwuje?
— Trzeba być cierpliwym — odpowiedział wtedy tata. — Musisz najpierw ty mówić do niego, żeby on kiedyś w końcu ci odpowiedział. Trzeba być na to przygotowanym. Pokora zbiera w tobie siłę na ten czas. Mówi się, że modlitwy zostaną wysłuchane. Im więcej się modlisz, tym bardziej Bóg widzi, że chcesz usłyszeć Jego głos. Pamiętaj o tym.
Bóg, jeśli rzeczywiście istnieje i nas słucha, jest mi świadkiem, że wtedy naprawdę próbowałem to zrozumieć i zapamiętać.

***

Wieczór nadszedł zbyt szybko. Z pokoju obok znów dochodził szloch matki. Lecz tym razem cichszy niż zwykle. Było w nim mniej bólu, mniej codziennego cierpienia.
 — Pan daje nam siłę, abyśmy mogli zwalczać nasze bóle i słabości. Dzięki modlitwie i Słowu Bożemu dostrzegamy światło w otchłani smutku, który otacza nas w trudnych chwilach. Pamiętaj o tym.
Ojciec cały czas mówił, abym o czymś pamiętał. Starałem się, lecz czasami, gdy kazał mi coś powtórzyć, nie mogłem sobie przypomnieć, co przed chwilą powiedział. To było trudne. Mówiąc do mnie, często używał słów, których znaczenie nie było dla mnie jasne. Wtedy również sens tego, co próbował mi przekazać, nie był zrozumiały. Mama czasem zwracała mu na to uwagę — może sama nie potrafiła rozszyfrować jego słów — ale on w ogóle jej nie słuchał.

Siedziałem przy szybie, opierając czoło o jej zimną powierzchnię. Za oknem panował mrok, tylko w jednym miejscu zmącony przez starą latarnię uliczną, zalewającą trawnik przed domem żółtym światłem.
(...)
W oddali, kilkanaście metrów od naszego domu, zapaliło się niedługo później kolejne światło. Zobaczyłem, jak frontowe drzwi przeciwległego budynku otwierają się i wychodzi przez nie wysoki mężczyzna w spodniach od garnituru i czarnym płaszczu. Przeszedł wzdłuż frontowej ściany i otworzył metalowe wrota garażu. Po chwili wyjechał z niego srebrnym samochodem, którym popędził w głąb miasta.
Piętrowy, jednorodzinny dom, jakich pełno było na naszym Zielonym Osiedlu. Miał duże, zasłonięte białymi kotarami okna o brązowych ramach, dach pokryty blachą o czekoladowym kolorze. Wzniesiony został z ciemnopomarańczowej cegły, otaczał go rząd niskiego żywopłotu, przez który z łatwością można by przeskoczyć.
Pewnego razu postanowiłem to zrobić.
Była noc, ciepła i gwieździsta. Najbliższa latarnia uliczna znajdowała się przy domu dalszych sąsiadów, toteż jedyne światło dawał jasny okrąg księżyca na niebie. Wiedziałem, gdzie znajduje się lampa na czujnik ruchu, wiedziałem więc, aby tamtędy nie przechodzić.
Wtedy gospodarz też gdzieś pojechał. Kilka chwil wcześniej bujałem się na huśtawce, czekając aż rodzice skończą się kłócić. Gdy zrobiło się ciemno i miałem już iść do domu, zobaczyłem go. Najpierw przy drzwiach, potem w garażu, a na samym końcu w szybko oddalającym się samochodzie.
Wiedziałem, że jego żona została sama. Wiedziałem również, że za chwilę przyjedzie do niej ktoś, kogo zapewne wypatrywała przez cały dzień. Poczekałem, aż się zjawi, wejdzie do domu i uśpi czujność domowniczki.
Gdy zobaczyłem, że światło w pomieszczeniu, gdzie, jak podejrzewałem, znajduje się sypialnia, zapaliło się, wtedy ruszyłem w stronę budynku.
(...)
Dotarłem do frontowej ściany, w której znajdowało się okno jadalni. Przeszedłem pod nim mocno przygarbiony, starając się nie zrobić hałasu, kroczyć jak najciszej.
Idąc dalej, doszedłem do ścieżki, wyłożonej betonowymi płytami, prowadzącej do schodów, dalej zaś do drzwi wejściowych. Przylgnąłem plecami do ściany, na wprost siebie mając trzy ceglane kolumny podtrzymujące dach, dalej bryłę garażu, na szczycie którego widniała lampa z czujnikiem ruchu.
Powoli, z mocno bijącym sercem, dotarłem do drewnianych drzwi, po których prawej stronie znajdowało się małe okienko, a nad nim falujące w rytm delikatnie wiejącego wiatru, porcelanowe dzwoneczki, wydobywające ze swych wnętrz ciche, szkliste pomruki.
Delikatnie nacisnąłem mosiężną klamkę, a ta niemal bezszelestnie się ugięła. Drzwi ustąpiły. Wśliznąłem się do środka i znalazłem się w zalanym półcieniem korytarzu, wzdłuż ściany którego ciągnęła się metalowa półeczka z równo ułożonymi męskimi i damskimi butami. Tuż za nią stała para kaloszy o wyblakłym zielonym kolorze.
Gdy wszedłem do salonu, do moich uszu doszło tłumione przez przynajmniej dwie pary drzwi sapanie. Starałem się o nim nie zapomnieć, żeby szybko ukryć się, gdy tylko umilknie.
W środku nie było zbyt wielu mebli, ot, komoda z lampką, której kabel chował się między fałdami firanki pobliskiego okna, mały drewniany stoliczek, a po jego dwóch stronach szerokie, dwuosobowe fotele z poduszkami.
W drugim pomieszczeniu znajdował się stół o długim blacie, z ustawionym pośrodku wazonem z suszonymi kwiatami. Wokół stało sześć obitych czerwonym materiałem drewnianych krzeseł o wysokich oparciach. Delikatnie przeciągnąłem po nich dłonią. Miały przyjemnie gładką powierzchnię.
Na piętro domu prowadziły wąskie, wyłożone ciemnymi panelami schody, zakręcające w lewo na półpiętrze. Nie wydały nawet najcichszego dźwięku, gdy się po nich wspiąłem. Na górze również nie znalazłem niczego ciekawego, prócz kilku czarnobiałych fotografii, oprawionych w chude, czarne ramki. Przedstawiały latawce na tle zachmurzonego nieba.
Piętro składało się z korytarza i dwóch wejść do pokoi, których drzwi zamknięte były na klucz. Jeszcze przez kilka minut pokręciłem się po miękkim dywanie w kolorowe prążki i czerwono-granatowe zygzaki, ponownie oglądając zawieszone na ścianie fotografie. W końcu jednak zrezygnowałem.
Zszedłem na dół i skierowałem się w stronę, skąd wcześniej dochodziły ciche, kobiece westchnienia. Zawiedziony tym, co zobaczyłem, a raczej czego nie zobaczyłem, cały czas spodziewając się rzeczy niesamowitych lub chociaż odmiennych od zwykłej, znanej mi codzienności, chciałem zwieńczyć wyprawę jakimś przyjemnym akcentem. Chociaż jednym. Zawsze też pragnąłem zajrzeć do sypialni, gdzie po wyjeździe głowy domu zapalało się światło. Myślałem, że teraz jest na to dobry moment.
Z salonu wszedłem do kolejnego korytarza, po obu stronach którego znajdowało się dwoje drzwi. Przysunąłem się do tych po prawej. Cisza. Do drugich przylgnąłem całym ciałem, czując jakby ucho przyssało mi się do gładkiej powierzchni. Zza nich również nie dochodziły żadne dźwięki. Za to zza moich pleców doszedł odgłos czegoś, czego nie spodziewałem się wtedy usłyszeć. Odgłos stąpania bosych stóp na deskach podłogi; stąpanie kobiety, niezmącone żadnym szelestem, jaki mogłyby wydawać ocierające się o siebie nogawki spodni, poły koszuli czy stukanie uchwytu suwaka o ułożone wzdłuż ubrania plastikowe ząbki.
Nim zdążyłem zrobić cokolwiek, w jasnym prostokącie przejścia między salonem a korytarzem pojawiła się smukła sylwetka półnagiej kobiety o złocistych włosach, opadających na odkryte piersi i zasłaniających sutki. Kobieta miała na sobie jedynie białe, koronkowe majtki. Gdy tylko mnie ujrzała, wydała z siebie piskliwy krzyk, jakby zobaczyła mysz. Rzuciłem się w stronę wyjścia, próbując zmieścić się między nią a ścianą. Udało mi się, jednak czołowe spotkanie z barczystym mężczyzną, stojącym kilka kroków z tyłu, który wcześniej niewidoczny był dla mnie zza rogu przejścia, a który miał na sobie jedynie wyprasowane w kant spodnie od garnituru i czarne skarpetki, wyhamowało mnie skutecznie i z impetem powaliło na ziemię.
Następne wydarzenia potoczyły się jeszcze szybciej.
Kobieta wiedziała, kim jestem, gdzie mieszkam. Oboje ubrali się pospiesznie, lecz tylko kobieta zaprowadziła mnie do domu, gdzie tata z mamą skończyli już swoją wynikającą z sobotnich tradycji kłótnię. Nie powiedziała, na czym ją przyłapałem, a jedynie obrzucała rodziców obelgami, oskarżając ich o mój brak kultury i inteligencji, jakby to oni mi kazali przyjść do jej domu. Krzycząc, wyjaśniła, że wkradłem się do jej domu i przeglądałem zawartość szaf i komód, co rzecz jasna było zwykłym kłamstwem. Ja przecież jedynie spacerowałem po pomieszczeniach.
Jedynie.

W końcu wyszła.
Tata był wściekły. Biegał po domu, szukając mojego Pana, którego zostawiłem przy drzewie z huśtawką. Gdy go znalazł, cisnął go do dużej, znajdującej się na korytarzu szafy. Usłyszałem tylko, jak szmaciane rączki i nóżki odrywają się od korpusu i uwalniają groch przy spotkaniu najpierw z grubą drewnianą podstawą mebla, a potem z jego ścianką. Drzwiczki zamknął na klucz, który schował do kieszeni.
Rozpłakałem się, chcąc wzbudzić choć cień litości w oczach matki, ta jednak wyglądała na równie wściekłą. Ojciec, nie zważając na moje szlochy i głośne łkanie, złapał mnie mocno za kark i powlókł ku grubym, metalowych drzwiom w tej części domu, do której trzeba było przejść przez salon, jadalnię i kuchnię. Przekręcił klucz, zawsze znajdujący się w zamku, i otworzył na oścież tak dobrze znany mi już portal.
Poczułem na szyi mocniejszy uścisk, a potem jego brak. Ojciec targnął mną do ciemnego pomieszczenia, znajdującego się metr pod poziomem ziemi, a do którego prowadziły strome, betonowe schody. Czułem, że zaraz się przewrócę, niemal w locie przestępując z jednego stopnia na drugi. Ostatni był mocno wyszczerbiony, przez co większa część mojej stopy znalazła się poza nim. Upadłem na twarz.
Zapadł nieprzenikniony mrok. Ojciec zamknął drzwi i rozległ się głośny, dudniący mi w głowie jeszcze przez dłuższą chwilę trzask.
Zanim jeszcze zostałem wyhamowany przez ziemiste podłoże malutkiego pomieszczenia, usłyszałem szczęk przekręcanego zamka, który zlał się z przekleństwami ojca. Potem poczułem ból w głowie, ramionach i kolanach. Obróciłem się, próbując usiąść i oprzeć się o ścianę. Poczułem jej zimną powierzchnię, cieplejszą jednak od ostatniej tego wieczoru łzy, płynącej mi po policzku. Niespodziewanie nadszedł nieproszony sen, zjawił się najwidoczniej na skutek szybko bijącego serca i braku powietrza, którego nie zaczerpnąłem od momentu, gdy ojciec zamknął Pana w szafie.

***

Cały czas słyszałem szloch. Znów nie domknąłem drzwi. Nawet nie wiedziałem, czy robiłem to specjalnie, czy też nie. Czułem jednak, że tak powinno być, a było już zawsze.
Pan siedział obok mnie, na parapecie. Patrzył na moje podciągnięte pod brodę kolana. Niemal czułem jego wzrok na sobie.
Tata mówił, że Pan obserwuje nas z Nieba i za pośrednictwem lalki. Że ten z Nieba jest ważniejszy od tego na Ziemi. Mój Pan, ten ziemski, szmaciany, był mi jednak o wiele bliższy.
— To się kiedyś zmieni — powiedziała mama, gdy wyjaśniłem jej, że to mnie dręczy, bo przecież tak nie powinno być. — Gdy dorośniesz, poczujesz wzrok z Nieba. Poczujesz bardziej niż kiedykolwiek wzrok Tego Prawdziwego.
A ona… Ona przecież nie wierzyła. Cały czas mnie okłamywała, a zrozumiałem to o wiele za późno.

— Chodź już stąd — usłyszałem głos taty. — Błagam, cię, nie siedź tutaj cały czas.
— Ja nie mogę… ja… muszę… — Słowa zlały się ze szlochem.
Oczyma wyobraźni widziałem, jak tata przytula mamę. Czule ją obejmuje i przyciska do piersi. Całuje w czoło, gładzi po głowie, tak jak ona czasem głaskała mnie. Choć nie wiedziałem, czy taki widok był jeszcze możliwy.
Ale kiedyś ich tak właśnie zobaczyłem. Byłem pewny, iż tata się zdenerwuje, że ich podglądam. Uciekłem do pokoju i położyłem się na łóżku obok Pana. Zacząłem do niego mówić, próbując się natychmiast czymś zająć. Po chwili przyszedł tata. Spoczął delikatnie obok mnie i położył głowę na moim barku. Poczułem, jak z jego oczu popłynęły pojedyncze łzy, bo skapnęły na moją piżamę. Nie powiedział nic.
Kiedyś mama kładła się obok mnie. Ale tego już nie pamiętam.


Przestawiłem Pana tak, aby stał naprzeciwko szyby, opierając się prawą dłonią o jej zimną powierzchnię. Spoglądaliśmy w mrok, nic w nim nie widząc i nie będąc pewnymi, co tak naprawdę chcielibyśmy zobaczyć.
Ptaki już dawno odleciały, światło latarni przed domem zadrgało, a potem zgasło, aby za chwilę zapalić się ponownie, rozpoczynając mozolny proces rozgrzewania sfatygowanej żarówki.

Spojrzałem na Pana.
On już na mnie nie patrzył.
— Powiesz coś w końcu? — warknąłem ostro, aczkolwiek możliwie jak najciszej.
Nie doczekałem się odpowiedzi.
Za to zza drzwi doszedł do mych uszu kolejny szloch matki.
— Kiedy to się skończy? — spytałem, oczekując niemożliwego. Odpowiedzi na moje pytania nie istniały. — Albo chociaż zmieni?
Ale wiedziałem, że tak naprawdę nie szukam odpowiedzi. Wiedziałem, że już nie chcę niczego poznawać, bo nic przecież nie miało znaczenia. Nigdy. 

Fragment #2: http://postczlowiek.blogspot.com/2018/11/wszechmocny-fragment-powiesci-2.html


Mam jeszcze kilka egzemplarzy tej powieści. Kto chciałby dostać w promocyjnej cenie, tego zachęcam do pisania do mnie na powaznypostczlowiek@gmail.com



Komentarze

  1. Już po tym rozdziale wiem, że książka będzie musiała znaleźć się na mojej półce. Dawno nikt nie zainteresował mnie wątkiem wiary, co w moim przypadku jest bardzo trudne. Będę czekać na kolejny rozdział. Dlaczego? Bo czy chłopiec zostanie przy swoim Panie? Czy może się zbuntuje? Muszę to wiedzieć ☺️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super :D Zapewniam, że z każdym rozdziałem będzie coraz ciekawiej :)

      Usuń
  2. Wow! Naprawdę robi wrażenie i od pierwszych zdań zachęca do czytania dalej .❤��

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

Lepiej nie będzie (11): Męczy mnie marnowanie życia