Wszechmocny - fragment powieści #2


Grafika: Christophe Hohler

Mam jeszcze kilka egzemplarzy tej powieści. Kto chciałby dostać w promocyjnej cenie, tego zachęcam do pisania do mnie na powaznypostczlowiek@gmail.com

WSZECHMOCNY
2.

Tata nie chciał, abym nosił Pana do szkoły, lecz w końcu udało mi się to jakoś wybłagać. Obiecałem, że będę go cały czas trzymał w plecaku. Że nie wyjmę go nawet na przerwie. Tata zgodził się, choć mama twierdziła:
— Sama nie wiem…
Później już nikt nie wypowiadał się na ten temat. Rozdział był zamknięty.


Do szkoły zawoził mnie tata. Dużym, białym samochodem, na który patrzyłem teraz przez okno. Stał na betonowym podjeździe, prowadzącym do garażu. Tata wyjechał nim już dobre pół godziny temu, warczenie silnika obudziło mnie wtedy. Zagłuszyło rozmowę we śnie i wytrąciło z niego na kilka długich sekund.
Lubiłem tak siedzieć w ciepłej pościeli, opierać się ramieniem o ścianę i patrzeć przez okno, jak ulicą przejeżdżają samochody różnych marek, których nazwy wypowiadałem w myślach. Jak ktoś przechodzi chodnikiem po drugiej stronie ulicy. Lubiłem patrzeć, jak ubrana jedynie w srebrzystą koszulę nocną kobieta wychodzi przez frontowe drzwi jednego z domów naprzeciwko. Nad ranem włosy zawsze miała rozpuszczone, stopy bose, pod koszulą widoczny był brak stanika, bo jej piersi swobodnie falowały pod materiałem.
Na palcach dreptała w stronę skrzynki na listy. Otwierała ją, nie wychodząc poza teren swojej posiadłości, i zaglądała od góry do jej wnętrza, opierając się brzuchem o furtkę. Zazwyczaj nie znajdowała tam nic. Odchodziła z pustymi rękoma, dziwnie kołysząc pośladkami, między które wciskał się cienki materiał. Czasami poprawiała go, wyciągając z zagłębienia. Podrywała materiał do góry, wykonując zamaszysty i gwałtowny ruch. Najczęściej koszula podwijała się ponad kolana i widoczne były smukłe, połyskujące uda. Wpatrywałem się w nie z niezrozumiałym wtedy… podnieceniem? Nie wiedziałem jeszcze, jak to nazwać. Po prostu widok jej nóg sprawiał, iż zaczynałem głębiej oddychać.
Od momentu, gdy koszula opadła kilka centymetrów za kolana, mijała ta błoga chwila. Dziś kobieta znalazła w skrzynce pojedynczy list w białej kopercie. Najwidoczniej został jeszcze z wczoraj.
Listonosz roznosił u nas pocztę niedługo przed południem, ale kobieta pewnie chciała się czuć jak bohaterka amerykańskiego filmu, gdzie listonosze rozwozili listy o świcie, a dzieci, zamiast iść do szkoły, rzucały na podwórka zwinięte w rulon gazety.
Kobieta otworzyła list, idąc z powrotem do domu. Zatrzymała się tuż przed drzwiami, przeczytała kilka linijek. Jej ramiona zadrgały. Chwiejnym krokiem przestąpiła próg.

***

Dopiero, gdy za oknem przemknął dziesiąty samochód, wyszedłem spod ciepłej pościeli, biorąc leżącego obok poduszki Pana. Położyłem go na biurku, obok tornistra z książkami. Spakowałem się jeszcze wczoraj. Tata mówił, że nieodpowiedzialne jest przygotowywanie się do wyjścia chwilę przed opuszczeniem domu. Kazał mi to robić wieczorem, abym niczego nie zapomniał, co też nigdy mi się nie zdarzyło. A gdy tylko wracałem do domu, to odrabiałem z mamą lekcje, zaraz po obiedzie. Jeśli w ogóle był. Tata nam obojgu kazał siadać do nich od razu, bo prac domowych też nie można było zostawiać na ostatnią chwilę.

Usiadłem na krześle i zastanowiłem się, czy odmawiać poranną modlitwę. Rodzice chyba na razie nie chcieli do mnie zaglądać, więc na chwilę tylko złożyłem ręce, ale ostatecznie odpuściłem. Mama zapewne robiła listę zakupów, jak to często miała w zwyczaju w poniedziałkowe poranki, a tata musiał siedzieć w swoim gabinecie i przeglądać jakieś dokumenty do pracy. Często go takiego widziałem, pochylonego nad zasłanym papierami biurkiem, gdy szedłem do łazienki albo do kuchni.
— Dzień dobry, tato — mówiłem wtedy, czego sam mnie nauczył. Jednak on nawet nie odrywał wzroku od dokumentów, na chwilę tylko zatrzymując się w ich przerzucaniu. Dopiero, gdy odchodziłem, szelest kartek powracał.
Powyginałem ręce i nogi Pana, tak, aby mógł wygodnie usiąść na brzegu sosnowego mebla. Sam wstałem i podszedłem do ustawionej naprzeciw łóżka szafy. Wyciągnąłem z niej kolorowe skarpetki, nieco wytarte na kolanach dżinsy, które odkrywały nogi wysoko nad kostkami, gdy siadałem na podłodze, oraz zieloną koszulkę z kołnierzykiem i widniejącym na piersi małym misiem.
Bez pośpiechu wciągnąłem to wszystko na siebie i przejrzałem się w lustrze, zamieszczonym na wewnętrznej stronie drzwiczek szafy. Zobaczyłem chłopca o płowych, krótko przystrzyżonych włosach, nieco odstających uszach i kilku niemal niewidocznych piegach po obu stronach nosa. Zobaczyłem odbicie ułożonych w wąską kreskę ust, ruszających się skrzydełek nosa. Schowane do kieszeni spodni dłonie, chude ramiona. Na lewym nadgarstku nosiłem czarny zegarek, który zawsze zjeżdżał mi niemal do kciuka, bo brakowało mu dodatkowej dziurki w pasku, aby mógł się stabilnie trzymać nieco wyżej.

***

Dojechaliśmy w piętnaście minut. Gdyby szkoła nie znajdowała się po drodze do pracy taty, zapewne musiałbym albo chodzić na pieszo (...).
Zawsze włączał radio. Zazwyczaj leciały jakieś fajne piosenki. Srające do betoniarki czarnuchy — tak mówił tata, gdy ktoś zaczynał rapować. Najczęściej rozpoznawałem głos Eminema, bojąc się powiedzieć, że on przecież wcale nie jest czarny. Poza tym lubiłem go. Starsi koledzy często słuchali jego piosenek na przerwach, a gdy się kończyły, głośno rozprawiali na ich temat. To dzięki nim również wiedziałem, kim są i jak śpiewają 50 Cent, Rihanna, Drake, Mezo, Peja i wielu innych, którzy teraz przyprawiają mnie o mentalne mdłości. Nie, nie przez te skojarzenia z betoniarką.
Również nie przez to nazywam tych chłopaków, moich kolegów, skurwysynami, ale dlatego, iż wiedziałem, że to właśnie oni mieli normalne dzieciństwo, choć byli nazywani przez ojca „zwykłymi popaprańcami”.
Ale czy to oznacza, że ja jestem nienormalny? Że byłem nienormalnym dzieckiem?
Wolę pozostawić to pytanie bez odpowiedzi.

***

W powietrzu unosił się nieprzyjemny, gryzący w nozdrza zapach dymu papierosowego. Starsi uczniowie palili na poprzedniej przerwie, okno dopiero my otworzyliśmy.
Czułem ten smród przy każdym wdechu, nie podobał mi się. Reszcie chłopaków w ogóle nie przeszkadzał. Ba, niektórzy nawet z pewnego rodzaju uniesieniem i zafascynowaniem robili głębokie wdechy, jakby chcieli się zaciągnąć czymś, czego tak naprawdę już nie było.
Męska ubikacja znajdowała się na piętrze szkolnego budynku. Większość uczniów wraz z nauczycielami znajdowała się na boisku lub trawniku przed wejściem, gdzie stało kilka ławek i rosło kilkanaście drzew, między którymi wiele osób grało w piłkę. Gdy to zobaczyliśmy, postanowiliśmy nieco inaczej spędzić czas na długiej przerwie. Nie chciało nam się stać przed niskim żywopłotem, za którym znajdowało się oblegane przez może dwudziestu chłopaków, prowizoryczne boisko.
Zaszyliśmy się w kiblu. Kuba wziął ze sobą telefon komórkowy. Chyba jako jedyny miał taki z klapką, dużym wyświetlaczem i podświetlanymi na czerwono, niemal całkowicie płaskimi przyciskami. Karta pamięci dawała możliwość zamieszczenia czterech dziesięciominutowych filmów pornograficznych, które teraz oglądaliśmy.
Eksplozja na twarz.
Tytuł drugiego już filmiku cały czas widniał w górnej części ekranu. Świeciło słońce, nie wszystko było doskonale widać, jednak co kilkadziesiąt sekund można się było przyjrzeć tak samo męskim, jak i żeńskim narządom, współgrającym ze sobą przed naszymi roziskrzonymi spojrzeniami.
Od pierwszej minuty czułem, jak w majtkach coraz bardziej zaczyna mi brakować miejsca. Krew pulsowała w członku, wypełniając go całego (choć wtedy raczej tak bym tego nie opisał) i naprężając jak strunę, przez co czułem dotkliwy ból. Penis zawinął mi się w fałdę dżinsów i nie mógł się w pełni wyprostować, napierał na spodnie. Starałem się to jakoś znosić, nie chciałem, aby koledzy widzieli, że go poprawiam. Nie chciałem, żeby wiedzieli, że mam erekcję.
Muszę jednak przyznać, że ból, mimo iż mocno przeszkadzał, sprawiał mi pewnego rodzaju przyjemność. Rozprowadzał po ciele przyjemne ciepło, czułem, jakby krew szybciej zaczęła płynąć w żyłach. Adrenalina. Pewnego rodzaju napięcie, jakbyśmy robili coś, za co można by było nas wtrącić do więzienia. To było naprawdę fascynujące uczucie, mimo tak banalnej sytuacji, która je wywoływała.
Pamiętam, że tak samo czułem się kilkanaście dni wcześniej, jak podglądałem biorącą prysznic w naszym domu córkę ciotki Beaty. Przyjechali do nas w odwiedziny, tak twierdziła mama w mojej obecności. Podsłuchałem raz, jak rozmawiała z tatą. Wtedy miała pretensje do siostry, że przyjeżdża do nas po to, „aby rzekomo pocieszać, wspierać, pomagać, a przecież sami doskonale sobie dajemy radę”.
— Niby co się takiego stało?! — krzyknęła i zaniosła się płaczem.
Krzysia myła się wieczorem, kilka godzin po przyjeździe. W łazience na piętrze, z której najczęściej korzystał tata, mający obok swój gabinet. Wtedy jednak był na dole, wraz z mamą, ciotką i wujem Andrzejem. Ja po cichu wdrapałem się po schodach i ukucnąłem przed drzwiami, przystawiając oko do dziury po zamku. Gdy wstawiano drzwi, okazało się, że wewnętrzny mechanizm jest zepsuty. Klamka nie chciała się do końca uginać, a zasuwka tkwiła cały czas w tym samym miejscu. Trzeba było zdemontować zamek. Tata sam go wyjął i powiedział, że następnego dnia kupi nowy i założy. Nigdy tego nie zrobił, pozostawiając dziurę, przez którą było wszystko świetnie widać, i przymocowując jedynie od wewnętrznej strony łańcuszek z haczykiem, który zaczepiało się o wbity w ścianę gwoździk.
— Mi to w zupełności wystarczy — oświadczył kiedyś.
Mama nie korzystała z tej łazienki. Nigdy nie mogłem zrozumieć, po co ona nam w ogóle była.
Łazienka czy matka?
Lecz pewnego razu w końcu się przydała.
Dziura po zamku była na tyle duża, że wzrokiem dało się ogarnąć stojącą przy przeciwległej ścianie ubikacje i kabinę prysznicową o szklanych, całkowicie przezroczystych drzwiach. Całkowitą klarowność zaburzały tylko mydlane zacieki, aczkolwiek nie zasłaniały one zbyt wiele. Doskonale widziałem nagie ciało Krzysi, która wyginała się, chcąc dokładnie umyć sobie plecy.
Piersi wielkości dorodnych jabłek i duże, jasne sutki. Płaski brzuch, chude ręce i zwinne nadgarstki. Między nogami widoczne były drobne, kręcone włoski, na których zatrzymywały się mydliny.

Taki widok miałem, gdy stała przodem, jednak gdy się obracała, moim oczom ukazywały się niestety nieco spłaszczone pośladki, ale i tak wprawiały mnie w ogromne podniecenie. Tym bardziej, że gdy Krzysia stawała w lekkim rozkroku i uda odklejały się od siebie, między nimi, tuż pod ich złączeniem, widoczny był wąski rowek. Gdy na niego patrzyłem, i gdy jeszcze Krzysia dotykała go wskazującym palcem, delikatnie masując skórę, ogarniała mnie wewnętrzna radość. Widziałem intymne miejsce kobiety, które zakrywa się z największą zaciekłością.
Ekstaza wypełniała moje ciało.
Wtedy również czułem, jak mojego członka niemal rozsadza krew, jak żyły pulsują tuż pod skórą. Czułem, że wyściubia swój wierzchołek ponad za małe najwidoczniej majtki i dotyka brzucha. Co chwila spoglądałem w tamto miejsce, bojąc się, że za chwilę penis urośnie do takich rozmiarów, że nie zmieści mi się w spodniach.
Mięśnie samoczynnie mi się napinały, drżały. Nie mogłem nic zrobić. Nogi trzęsły się, na rękach miałem gęsia skórkę.
Tamten wieczór pamiętam po dziś dzień. Często śniło mi się, że znów podglądam Krzysię. Często zapraszała mnie do środka. Raz wystawiała jedynie rękę i machała na mnie, czasem cała wychodziła z brodzika, bez skrępowania stawała pośrodku łazienki, wiedząc, że na nią patrzę
W chwili, gdy wstawałem z klęczek i już chciałem wchodzić do środka, sen się kończył i budziłem się z rozczarowaniem, smutkiem. Nigdy nie było mi dane bliżej przyjrzeć się ciału Krzysi. Dotknąć jej.
A była taka ładna.
Ona też była pierwszą dziewczyną, jaką widziałem nago „na żywo”. Po raz kolejny zdarzyło się to dopiero na studiach. W przerwie między tymi dwoma razami dane mi było oglądać jedynie gwiazdy porno w „Playboyu” lub na filmach, oznaczanych różowym znakiem „18+”.

Kobieta w pewnym momencie zeszła z kolan mężczyzny i stanęła przed nim w rozkroku. Zanim uklęknęła i włożyła sobie jego członka do ust, widać było, jak spomiędzy jej nóg skapują krople jakiejś wydzieliny. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to mogło być. Sądziłem, że to mocz i nieco obrzydziło mi to scenę. Mimo wszystko patrzyłem dalej. I nagle ujrzałem scenę, którą zobaczyłem kiedyś we własnym domu.

***

Tego wieczoru nie mogłem zasnąć. Nie wiedziałem, dlaczego. Po prostu leżałem, niemal bez ruchu, od dłuższego już czasu, wpatrując się w sufit z wieloma niedoskonałościami na swej powierzchni. Gdy tylko opuszczałem powieki, oczy zaczynały protestować i musiałem je odsłonić. To tak, jakbym w dzień próbował zasnąć. Jakbym nie był zmęczony, ale ktoś nakazał mi się położyć.
Ale jednocześnie chciało mi się spać. Jak codziennie. Po męczącym dniu w szkole, bieganiu po boisku, zabawach na podwórku. Sen jednak nie chciał nadejść.
Gdy dochodziła druga, usłyszałem jakieś dziwne dźwięki płynące z korytarza. Musiały powtórzyć się jeszcze kilkakrotnie, żebym w końcu wstał z zamiarem sprawdzenia, co się właściwie dzieje.
Słyszałem, jakby ktoś coś szeptał.
Rozmowa.
Wyszedłem na korytarz i skierowałem się niemal po omacku w stronę sypialni rodziców. Tutaj prawie nie docierał blask księżyca, najbliższe okna znajdowały się dopiero w moim pokoju i kuchni.
Odgłosy narastały z każdym krokiem. W pewnym momencie do miarowego oddychania i dziwnego sapania dołączyły pojękiwania. Przez chwilę stałem, nasłuchując, a po kilku sekundach ruszyłem dalej.  
Na chwilkę zajrzałem do pustego pokoju brata. Cisza, spokój. On sam spał, ręka zwisała z łóżka, kciukiem dotykał podłogi. Gdy przystanąłem przy drzwiach sypialni rodziców, która znajdowała się naprzeciwko schodów prowadzących na piętro i wejścia do kuchni, czyli jakieś piętnaście metrów od mojego pokoju, sapanie było już zupełnie wyraźne. Teraz dosłyszałem również tłumione jakby przez poduszkę słowa, których nie byłem w stanie zrozumieć.
Uklęknąłem i zajrzałem przez wąską szparę między niedomkniętymi drzwiami a futryną. Zrobiłem to nader niezdarnie, uderzając przy tym głową w drzwi. Zanim rodzice w jednej chwili oderwali się od siebie i spojrzeli w moją stronę, zdołałem zobaczyć ową scenę. Tata leżący na mamie. Obydwoje nadzy. Pościel spadła na podłogę. Materac łóżka zasłaniało tylko cieniutkie prześcieradło, do tego pozawijane na rogach i zsunięte do środka.
Widać było jedynie owłosiony, męski tyłek z jądrami odbijającymi się od gładkich, kobiecych pośladów. Gdy oboje spojrzeli w stronę drzwi, szybko poderwałem się i biegiem ruszyłem do swojego pokoju. Zdążyłem jedynie z trzaskiem zamknąć drzwi i rzucić się na łóżko, gdy usłyszałem zgrzyt szybko naciskanej klamki i tupot bosych stóp taty. Wpadł do mojego pokoju — jedynie w spodniach od piżamy — i dopadł do mnie jednym susem.
Zakrywając się kołdrą, próbując się schować, przesuwałem się pod ścianę. Ojciec złapał mnie za kark i wywlókł z pokoju. Skomląc, opierałem się, machałem rękoma, próbując złapać Pana, który leżał na komodzie przy drzwiach. Nie udało mi się.
Potem dałem za wygraną.
Ojciec zaprowadził mnie do piwniczki obok kuchni. Drzwi zamknął na klucz.
Matka nawet nie wyszła z pokoju.
W komórce spędziłem resztę nocy i cały kolejny dzień. Nie wypuszczono mnie nawet do szkoły. Drzwi otworzono tylko wtedy, gdy krzyczałem, że zaraz zemdleję z pragnienia, a potem, że będę musiał załatwić się gdzieś w kącie. W obu przypadkach była to mama. Ojciec ani razu mi się nie pokazał na oczy. Może to i lepiej.
Kolejną więc kobietą, którą widziałem nago, była moja matka, jednak nie chcę o tym myśleć. Źle wspominam tamten czas. Następnego dnia bowiem zginął mój brat.

***

Kobieta i mężczyzna przez chwilę pokazywali jedynie współgrające ze sobą tyłki. Potem usadowili się na boku, cały czas robiąc to na wąskiej, jednoosobowej kanapie.
Gdy do połowy filmu została minuta, do naszych uszu dobiegł jakiś dziwny, piskliwy dźwięk, jakby ktoś gwizdał na źdźble szorstkiej trawy. Był tylko o wiele razy głośniejszy. Z początku myśleliśmy, że to dzwonek na lekcje, jednak przerwa powinna trwać jeszcze przez kilka minut. Staliśmy więc, nie wiedząc co począć. W pewnym momencie Kuba wyłączył telefon, schował go do kieszeni i po chwili wszyscy już usłyszeliśmy zbliżające się kroki.
Dźwięk narastał z każdą chwilą. Zaczął strasznie dudnić w głowie. Kilkadziesiąt sekund później był już niemal nie do wytrzymania.
Podobny obraz
Grafika: Christophe Hohler
Kilkoro uczniów biegło w stronę klasy numer czterdzieści, znajdującej się na piętrze. Moi koledzy uciekli na dół, ja zaś pędem puściłem się również w stronę klasy, z której dochodził dziwny pisk, a w której ja za chwilę miałem mieć drugą godzinę języka polskiego.
Coś podpowiadało mi, że powinienem tam pobiec. Nie wiem czemu, ale zrobiłem to i w kilka sekund dotarłem pod drzwi z wymalowaną czarnym markerem czterdziestką.
W środku nie było nikogo. Najwyraźniej ci, którzy tutaj biegli, poddali się w ostatniej chwili i uciekli bocznymi schodami
Zatykając uszy palcami, podbiegłem do ławki, przy której leżał mój tornister. To on był źródłem dźwięku. A raczej Pan, który spoczywał po lewej stronie od sterty przemieszanych ze sobą książek i zeszytów. Złapałem go oburącz i wtem poczułem mocne, szybkie ukłucia w dłonie. Czułem, jakby ktoś wbijał w nie naostrzony kołek czy tępy czubek noża.
Szybko wyciągnąłem lalkę z teczki i rzuciłem nią o ścianę.
Pisk ustał, z dłoni za to zaczęła mi kilkoma wartkimi strumieniami wypływać krew o ciemnej barwie, która skapywała na podłogę, ochlapując plecaki innych uczniów.
Drżącymi dłońmi z powrotem wsadziłem Pana do teczki, zalewając przy tym krwią wszystko to, co się w niej znajdowało, i usiadłem ociężale na krześle.
Zrobiło mi się słabo.
Krew płynęła coraz szybciej, na podłodze było jej więcej i więcej. Czułem, jakby ktoś wysysał ze mnie wszelką siłę. Zanim zemdlałem, zdążyłem jedynie ujrzeć wbiegającą do klasy nauczycielkę od polskiego. Była szybka. Zdążyła mnie złapać i przytrzymać na krześle, gdy przewracałem się bezwładnie na bok.

***

Do rodziców jedynie zadzwoniono. Okazało się, że rany na dłoniach były płytkie. Zełgałem, że pokaleczyłem się nożyczkami. Nie wiedziałem, czy mi uwierzyli, ale nawet szkolna pielęgniarka stwierdziła, że obrażenia wskazywały na to, iż mówię prawdę.
Cztery rany kłute zaklejono plastrami i obandażowano. Przestały boleć jeszcze w połowie lekcji, zagoiły się dość szybko.
Nikt nie miał pojęcia, czym był ten okropny dźwięk, ale później nie pytano też o to, zajmując się jedynie moją osobą.
Rodzice zmartwili się tylko trochę. Ja miałem mętlik w głowie.

***

Pan odezwał się ponownie jeszcze tego samego dnia. Wieczorem, gdy kładłem się spać. Nie krzyczał jednak, nie piszczał, w ogóle nie wydawał z siebie jakichkolwiek dźwięków.
Po prostu patrzył.
Siedział na podłodze, mimo iż wcześniej położyłem go na pudełkach po butach. Wlepiał swój martwy wzrok w moją zatrzymaną w pół ruchu sylwetkę. Układałem wtedy prześcieradło na łóżku. To był ten wieczór, kiedy nie wołałem ani taty, ani mamy. Zwykle chciałem, aby pomogli mi rozłożyć brązowy, w kremowe tygrysy koc, potem różowe prześcieradło i na to wszystko grubą, pokrytą niby łuskami kołdrę i poduszkę. To był również ten wieczór, kiedy mamy nie było w pokoju obok. Oboje z tatą najpewniej położyli się już spać, lub siedzieli w salonie i rozmawiali. Nie słyszałem ich, choć drzwi cały czas były uchylone.
Zamarłem, a po plecach przebiegł mi lodowaty dreszcz. W okno zabębniły krople deszczu, jakby dla podkreślenia mrocznej atmosfery, która właśnie zapanowała.
W oddali nie paliła się żadna lampa uliczna, niebo skrywała czerń. A ja stałem w miejscu, czując na szyi wzmagający się ucisk. Coś zgniatało mi krtań, tamowało przełyk, łamało tchawicę. Unieruchamiało mięśnie, niwelowało odruchy bezwarunkowe, zatrzymywało oddech i możliwość jakichkolwiek ruchów.
Mogłem jedynie stać.
I czuć, jak Pan usiłuje mnie udusić. Nie wiem, jaki miał w tym cel. Był przecież moim przyjacielem, zżył się ze mną przez te wszystkie lata, byłem tego pewien. Przecież tyle razem przeżyliśmy, a on teraz próbował mnie zabić?
W jaki w ogóle sposób to czynił? Był przecież jedynie lalką, dziecięcą zabawką. Ona nie miała siły sprawczej ani jakiejkolwiek innej.
Pan najwyraźniej dostrzegł moje myśli. Tata miał rację, mówiąc że on słyszy każde słowo, nawet te niewypowiedziane na głos.
Nacisk na gardło przybrał na sile tak, iż całkowicie nie mogłem oddychać. Coś naparło na moją klatkę piersiową. Najpierw lekko, a potem targnęło mną do tyłu. Poleciałem na ścianę. Zaczęło mną trząsać: w górę i w dół, w bok, obracać całe ciało. Uderzałem głową o komodę i łóżko, pod które po kilku długich chwilach zostałem wepchnięty. Uderzyłem w ścianę. Dziwna siła poderwała mnie do góry. Poczułem jak na czole powstaje rozległy siniak po spotkaniu z drewnianym rusztowaniem.
Kolejne uderzenie nie miało już dla mnie żadnego znaczenia, gdyż powoli traciłem świadomość. Brak powietrza dobijał mnie, ciało było już na skraju wycieńczenia.
Wzrok zgasł, wszelkie głosy ucichły. Po kilkunastu kolejnych sekundach przestałem czuć otaczający mnie świat i twardość zalegających go przedmiotów. Ciemność, która odcięła mnie od bólu, tym razem okazała się przyjemna.


Mam jeszcze kilka egzemplarzy tej powieści. Kto chciałby dostać w promocyjnej cenie, tego zachęcam do pisania do mnie na powaznypostczlowiek@gmail.com

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wszechmocny - fragment powieści #1

Lepiej nie będzie (11): Męczy mnie marnowanie życia