Wszechmocny - fragment powieści #3



Mam jeszcze kilka egzemplarzy tej powieści. Kto chciałby dostać w promocyjnej cenie, tego zachęcam do pisania do mnie na powaznypostczlowiek@gmail.com

WSZECHMOCNY
3.


— Otwieraj, sukinsynu! — wrzeszczałem. — Wiem, że tam jesteś, pieprzony gnoju. Otwieraj!
Powoli opadałem z sił.
Deszcz lał jak z cebra, a ja stałem i patrzyłem się na drzwi wytrzeszczonymi jak po narkotykach oczami, co kilka sekund pociągając mocno za klamkę. Raz kopnąłem w drzwi, po czym duży palec u stopy eksplodował przeraźliwym bólem.
Spojrzałem w ciemne niebo. Deszcz sieknął mi w oczy. Złapałem kilka kropel do ust i przełknąłem je wraz z kolejnymi przekleństwami, cisnącymi się na usta.
Wycofałem się do stojącego kilka kroków dalej samochodu. Ociekając wodą, spocząłem za kierownicą granatowego fiata stilo, patrząc przez chwilę, jak siedzenie robi się ciemniejsze pod wpływem wody, która spływała z przemoczonego płaszcza.
— Skurwysyn pierdolony — powiedziałem sam do siebie, uderzając otwartą dłonią w górną część kierownicy.
Chociażby zadzwonił, dał znać, że nie może, że go nie ma — myślałem.

— Wiem, że tam jesteś! — wrzasnąłem, uchylając drzwi, aby po chwili z powrotem zamknąć je z trzaskiem. — A może nie? — szepnąłem do tablicy rozdzielczej.
Jeszcze raz spojrzałem na ceglany budynek i jego zamknięte drzwi. Potem na wypełnione czernią okna. Z komina nie unosił się dym, mimo iż na zewnątrz panował przeszywający chłód.

Do kalendarzowej wiosny pozostało jeszcze kilka dni.
Ale jeżeli go nie ma, to czemu brama jest otwarta?
Odpaliłem silnik i objechałem dookoła klombik z kwiatami. Po chwili wyjechałem na ulicę. Skręcając w prawo, ostatni raz spojrzałem na dom i betonowe rondo przed nim. Nikogo nie udało mi się zobaczyć.
Wrzuciłem trzeci bieg i ruszyłem z powrotem do miasta.

***

— Andrzej, do cholery! — usłyszałem krzyk Edyty, gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi wejściowe. — Czemu ty zawsze zapominasz o najważniejszych rzeczach?
Zdjąłem płaszcz, który zawiesiłem na stalowym wieszaku, mokre buty postawiłem pod letnim kaloryferem.
— Co się stało? — odkrzyknąłem, kierując się do salonu, a potem do sypialni, gdzie z szafy wyjąłem suche skarpety, spodnie i koszulę.
— Na cholerę ci było kupować ten telefon?
Edyta weszła do salonu, trzymając w dłoni moją komórkę. Złość w jej głosie wydała mi się sztuczna. Kobieta nie była zdenerwowana, po prostu nie lubiła, gdy życie stawało się dla mnie zbyt trudne.
Zatrzymałem się w pół ruchu, wciągając na tyłek spodnie, i spojrzałem na nią zdziwionym wzrokiem.
— Nie wziąłem?
— A widzisz, żebyś go miał przy sobie?
Odruchowo sięgnąłem do kieszeni spodni, które przed chwilą zdjąłem. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że nie może tam być telefonu, skoro ma go Edyta.
— A stało się coś?
Tym razem już bez słowa podała mi komórkę. Wróciła do kuchni.
Nacisnąłem klawisz, który kiedyś, w starszych modelach, przedstawiał czerwoną słuchawkę, rozbudzając ekran. Gdy zobaczyłem, że mam kilka wiadomości, odblokowałem go i nacisnąłem na ekranie tym razem wyrazistą strzałkę o krwistoczerwonym kolorze.
Wyświetlił się rząd nieodebranych połączeń. Wszystkie były od jednej osoby.
— Doktor Czapnik — powiedziałem na głos, słysząc, jak Edyta zamyka głośno drzwiczki od mikrofalówki. — Jednak dzwonił.
Ponad trzema nieodebranymi połączeniami widniała jeszcze zamknięta koperta świadcząca o nieprzeczytanej wiadomości. Również od mojego psychologa.

Najmocniej pana przepraszam, panie Andrzeju, jednak z powodów osobistych muszę odwołać nasze dzisiejsze spotkanie. Gdy tylko zdołam wszystko załatwić, odezwę się do pana i umówimy się na inny termin. T. Czapnik.

Pierwsze połączenie wykonane zostało o siedemnastej trzynaście, czyli jakieś pięć minut po moim wyjściu z domu. Do doktora jechałem może dwadzieścia. Czyli musiał wyjść niedługo przed moim pojawieniem się przed jego domem.
Przełknąłem bluźnierstwo i cisnąłem nadal odblokowanym telefonem w drugi koniec kanapy.
Opadłem ociężale na oparcie i odetchnąłem z ulgą, że jednak doktora nie było w domu i nie słyszał wszystkiego tego, co miałem mu wtedy do powiedzenia.
— Czemu wróciłeś tak wcześnie, kochanie? — Edyta pojawiła się w drzwiach. Na jej twarzy błąkał się złośliwy uśmieszek. Cały czas była rozbawiona moim — nie wiem, jak to w ogóle nazwać — roztargnieniem? Moją głupotą, której sam nie raz się bałem i wstydziłem?
— Oj, proszę cię. Czemu właściwie nie odebrałaś, jak dzwonił?
— Telefon miałeś zagrzebany w torbie, w gabinecie. Usłyszałam jak dzwoni raz, ale już niż zdążyłam.
Westchnąłem głęboko, zapinając rozporek spodni i łapiąc za leżącą obok koszulę.
— A więc?
— Odwołał spotkanie z powodów osobistych — odparłem cicho. — Ma jeszcze zadzwonić.
— Tylko następnym razem odbierz.
Usiadła koło mnie i oparła głowę na moim ramieniu.
— Ale te tabletki, co jeszcze masz, starczą ci na chociaż tydzień?
— Powinny.
Edyta roześmiała się i pocałowała mnie w czoło. Natychmiast w mojej głowie pojawił się obraz innej kobiety wykonującą tę samą czynność. Teraz jednak znacznie starszej od mojej żony.
Nie wiedziałem, co w tym było śmiesznego. Przy każdym wspomnieniu o moim psychologu po jej twarzy błąkał się mniejszy albo większy uśmiech. Chytry, bezwstydny, jakby uważała, że jestem za głupi, aby odgadnąć głębię jego znaczenia.
Może i miała rację?
Cały czas nie wiem, czego tak naprawdę był symbolem.

***

Poszedłem do łazienki, przepłukałem twarz. Byłem zmęczony, a czekało mnie jeszcze trochę pracy przy komputerze. Chciałem sobie zrobić kawy, jednak Edyta mi na to nie pozwoliła. Zatrzymała mnie w połowie drogi. Miała na sobie dżinsy i czerwony stanik. W momencie, gdy przekroczyłem próg salonu, rozpinała rozporek spodni. Nie zdjęła ich, jedynie odsłoniła kawałek pomarańczowych majtek. Figi. Uwielbiałem, gdy miała je na sobie. Dodatkowo ten kolor działał na mnie jeszcze bardziej podniecająco.
Westchnąłem i powoli zbliżyłem się do niej.
Kawa nie była mi już potrzebna.

***

Zgasiłem światło, po omacku przeszedłem na drugi koniec pomieszczenia i delikatnie spocząłem na ciężkim, drewnianym krześle obitym miękkim materiałem.
Zanim wzrok przyzwyczaił się do ciemności, odchyliłem głowę do tyłu i odetchnąłem głęboko. Zaciągnąłem się powietrzem, niby oparami jakiegoś narkotyku. Niespodziewanie zamarłem, dosłyszawszy, jak ktoś wypowiada moje imię. Rozejrzałem się po gabinecie, nie mając jednak nadziei, że ktoś, oprócz mnie, się w nim jeszcze znajduje.
I to nie był głos Edyty.
A nawet gdyby, to nie mógłby dochodzić od strony okna, za którym blask księżyca stał się znacznie jaśniejszy, niż jeszcze chwilę temu.
Otępiały, patrzyłem, jak oświetlane przez ziemskiego satelitę chmury przesuwają się na tle czarnego nieba, po chwili niknąc na tle reszty świata, posiadającego ten sam nijaki kolor. Głos jakby na złość już się nie powtórzył, mimo iż przez dobre pięć minut wyczekiwałem go, nasłuchując w bezruchu, z odchyloną do tyłu głową, bojąc się, że coś przegapię, gdy zrobię cokolwiek.
Z ciemności nocy za oknem nic się nie wyłoniło.
Nikt mnie już nie wołał.
Znów pozostałem sam w swoim gabinecie, mając jednocześnie nadzieję, że znajomy głos, który dopiero teraz zaczął mi się z czymś kojarzyć, już się nie powtórzy.
Odpaliłem laptopa, który zalał pomieszczenie jaskrawym, rażącym w oczy blaskiem.
Gdy już załadowały się wszystkie pliki i mogłem swobodnie otwierać poszczególne programy, wpatrzyłem się w niemal pusty pulpit. Znajdowało się na nim niewiele folderów. Były wśród nich takie o nazwach: Mój komputer, Muzyka, Zdjęcia, Programy, Filmy oraz plik z prezentacją, której nie mogłem dokończyć od wielu dni. I ten, do którego powinienem teraz zajrzeć, zatytułowany — Nie otwieraj! Psycholog powiedział, że zaśmiał się, widząc ten tytuł, gdy na jego prośbę przesłałem mu dokument. Chciał sprawdzić, co do tej pory napisałem. Na najbliższej wizycie postanowił, że przeczyta przy mnie kilka pierwszych zdań, jednak nie było mu do śmiechu, gdy komentował fakt, że te kilka zdań to było wszystko, na co się odważyłem.
— Panie Andrzeju — powiedział poważnie. — Nie po to pan mi płaci, abym zadawał panu pracę domową, której pan nie odrabia. Potrzebujemy współpracy, obustronnego wysiłku. Rozumie pan?
Próbowałem mu coś wtedy odpowiedzieć, jednak nie potrafiłem złożyć słów w żadną konkretną wypowiedź. Po głowie błąkały mi się tylko: „Pierdolę to”, „Mam to w dupie” i „To wszystko nie ma sensu” ale stwierdziłem, że będzie lepiej, jak nie wypowiem żadnego z tych słów.
Teraz miałem już zapisane dwie strony. Dwie strony o krzyku, płaczu i ubolewaniu nad tym, co przemija i w końcu przeminie.
Gdy tylko popatrzyłem na pierwsze słowo, zwiastujące falę tego wszystkiego, przed czym broniłem się przez całe dotychczasowe życie, wyłączyłem dokument i z trzaskiem zamknąłem laptopa.
Paląca się po lewej stronie dioda zmieniła jednostajny blask na drażniące źrenice migotanie.
Doktor Czapnik powiedział, że muszę wszystko szczegółowo opisać, dopiero wtedy wyrwę się z tego, co mnie męczyło. Oboje nie wiedzieliśmy, co to tak naprawdę jest, aczkolwiek miałem nadzieję, że pisanie mi pomoże. Nie wiedziałem tylko, że to będzie aż takie trudne.
Próbowałem, oczywiście.
Ale próby były czymś, co nie przynosiło wyczekiwanego efektu.
Nic mi nie pomagało.
ON cały czas mnie prześladował.
Wkradał się do moich myśli. Mącił je, zakłócał ich bieg. Zmuszał mnie do tego, abym robił rzeczy nieodpowiednie. Abym krzyczał, płakał, szlochał.
Chciał, abym go szukał, abym znów z Nim był - już na zawsze tylko przy Nim i tylko dla Niego. On tego chciał.
On wiedział, że ja cierpię.
Dlatego do mnie mówił.
Dlatego szeptał do mnie za pośrednictwem mroku, ciemności, szarości i blasku księżyca. Dlatego mnie prześladował.
Żebym znów Go pokochał.
Żebym Go przytulił i powiedział:
— Tak, wierzę w Ciebie.
Lecz ja tego nie chciałem.
Chciałem pozostać sam, bez jego udziału w mojej egzystencji. Chciałem, żeby Edyta mogła być przy mnie. Chciałem, żeby On nigdy już nie ingerował w moje życie. To Edyta miała być dla mnie najważniejsza. To dla niej miałem żyć, uśmiechać się, cierpieć. To dla niej miałem się starać, dla niej pracować i tylko ją kochać.
Ale On cały czas próbował zmącić mój spokój ciała i duszy, mój i Edyty. Nie mogłem pozwolić, aby znów wdarł się do mojego życia.
Ponownie otworzyłem laptopa i kliknąłem w „Nie otwieraj!”. Nie wiedziałem, po co to robię, ale czułem, że muszę choć spojrzeć na napisane przeze mnie słowa. I okazało się, że było ich tam znacznie więcej, niż przed chwilą. Setki stron były zapisane drobnymi literkami, bynajmniej nie przeze mnie.
Czytałem zdania, których ja bym nie ułożył. Sformułowania, których bym nie użył. Ale właśnie nimi opisane było całe może życie. Czytałem i nie wierzyłem. Nie wiedziałem…
Czytałem i czułem, jak do oczu napływają mi łzy.
W pewnym momencie zamknąłem plik, skasowałem go i zerwałem się z krzesła. Podszedłem do okna, ale nic za nim nie widziałem. Nic, co przyniosłoby mi chociaż chwilowe zapomnienie. Oderwanie się od tego, co przed chwilą przeczytałem.
Od własnego życia, zapisanego przez kogoś, kogo nie chciałbym poznać.

***

Wyszedłem z gabinetu i udałem się do łazienki. Opróżniłem pozornie pusty pęcherz, z którego zawsze udawało się coś wycisnąć. Obmyłem twarz zimną wodą i właśnie wtedy zobaczyłem go w lusterku nad umywalką.
Zobaczyłem swoje odbicie, ozdobione kilkoma szczegółami — martwymi, zakrytymi bielmem oczami i czarnym ubraniem, które zlewało się z ciemnym otoczeniem odbicia, najwyraźniej nie robiąc sobie nic z zapalonych w pomieszczeniu trzech żarówek.
Uśmiechał się.
Uśmiechał się szyderczo swymi jasnymi, wypolerowanymi ząbkami.
— Chodź, Andrzeju.
Odsuwając się, splunąłem w lustro, trafiając w sam środek twarzy postaci, która nie przemieszczała się razem ze mną. Stała w miejscu, śmiejąc się przerażająco i okrutnie. Ciśnienie skoczyło mi tak mocno, iż poczułem bolesne pulsowanie krwi w mózgu.
Opamiętaj się…
Wtedy rzuciłem w lustro stojącą pod ręką plastikową buteleczką z żelem pod prysznic. Gdy szklana tafla pękła, ale nie rozleciała się i odbicie cały czas było widoczne, cisnąłem w nie butelką perfum Edyty. Szkło roztrzaskało się zupełnie i zaczęło spadać, mknąc na spotkanie umywalki i wyłożonej niebiesko-zielonymi płytkami podłogi.
Spomiędzy trzasku i szelestu rozbiegających się po łazience kryształków rozległ się odgłos pukania.
Otworzyłem oczy i na nowo ujrzałem półmrok gabinetu.
— Czemu zamknąłeś drzwi? — Edyta zabębniła jeszcze kilka razy. — Andrzej!
— Chwila — odpowiedziałem tak cicho, iż wątpiłem, aby mogła mnie usłyszeć. Najwyraźniej jednak dotarły do niej moje słowa, bo przestała pukać i czekała.
Wstałem ociężale. Przekręciłem kluczyk w zamku, nie przypominając sobie, abym go używał wchodząc do gabinetu, nacisnąłem klamkę i pociągnąłem. Uchyliłem drzwi może na dziesięć centymetrów, gdy z drugiej strony coś rzuciło się na mnie i powaliło na podłogę. Z głuchym łomotem przewróciło na bok, aż uderzyłem skronią o twarde ceramiczne płytki. Po chwili pulsujący ból rozmnożył się i oprócz w głowie, czułem go także w łokciu i miednicy.
Na twarzy poczułem chłód, który jednak nie ciągnął od podłogi, a dziwnego stworzenia, które stało teraz tuż przed moimi podkurczonymi nogami. Było to jakby mieszanką kilku zwierząt miało głowę małpy o wyłupiastych oczach i odstających, króliczych uszach. Puchaty tułów jakby sznaucera, jednak nie byłem pewny, czy rzeczywiście mógłby należeć do psa. Stwora pokrywała brązowa, kręcona sierść. Plecy prężyły się dziwnie, jak u kota szykującego się do skoku. Nie widziałem jednak, aby jakikolwiek kot robił to w tak przesadzony sposób. Zdawało się, iż kręgosłup, wyciskający w skórze wyraźne kręgi, gdzie sierść była nieco wytarta i wypłowiała, pęknie za chwilę i strzeli na wszystkie strony ostrymi odłamkami kości.
Tylne nogi były duże, ugięte w kolanach. Przywodziły na myśl odnóża żaby, choć obrośnięte gęstymi włosami. Pod skórą prężyły się grube mięśnie.
Jeżeli te wszystkie części ciała były do siebie w pewien sposób podobne, tak przednie łapy w ogóle nie pasowały do reszty. Mogły to być szczypce kraba, poruszające się jakby w zdenerwowaniu czy zniecierpliwieniu, jak i szczęka rekina, czy jakiejkolwiek innej ryby o ostrych, szpilkowatych zębach.
Stwór patrzył na mnie swym przenikliwym wzrokiem i toczył pianę z pyska. Jego ruchy były niezdarne, skakał bowiem jak królik. Widać było, że jest przystosowany do odbijania się od podłoża, aby przeskakiwać spore odległości, a nie do skradania się i delikatnego podchodzenia do ofiary.
Zatrzymał się przy moim tułowiu, schylił i obwąchał mnie. W tym momencie zobaczyłem, że na korytarzu znajduje się więcej dziwnych stworzeń. I dopiero wtedy zorientowałem się, że nie jestem już w łazience, ani nawet we własnym domu, a dziwnym pomieszczeniu wzniesionym z szaro-czarnego budulca. Leżałem w długim korytarzu, który rozgałęział się przed moimi oczami, skręcając w prawo i lewo, skąd napływały kolejne…
— Zlepki dziecięcych lęków. Kiczowate i ordynarne wspomnienia stworów spod łóżek — usłyszałem chrapliwy głos, dochodzący zza mnie.
Chciałem się obrócić, jednak obawiałem się wykonać jakikolwiek ruch, gdy to coś cały czas się przy mnie znajdowało. Ale pomyliłem się, już tego przy mnie nie było. Stwór wycofywał się w bok, tak jak i cała reszta jego pobratymców.
Podniosłem się na kolana i ujrzałem stojącą za mną jakąś postać, której twarzy jednak nie byłem w stanie dojrzeć. Nie wiedziałem, czym to jest spowodowane, jednak nie potrafiłem wyodrębnić nic poza głową — mrocznego wybrzuszenia, na które składało się w moich oczach zaledwie kilka ciemnych smug i zygzakowatych kresek. Reszta ciała była nie do rozpoznania. Jednolity, jasny kolor świadczył o tym, że jest naga. Jednak ta wiedza mi nie pomogła, cały czas widziałem jedynie zamazaną płaszczyznę, z której korpusu wystrzeliwały ku podłożu dwie smukłe kreski zakończone jakby plamą.
— Nie obawiaj się ich, gdy jestem przy tobie. Obawiaj się ich, gdy mnie nie ma. Wtedy mogą z tobą zrobić, co tylko zechcą, napawając znacznie większym lękiem niż dziecko, którego wytworem są.
Jakby dla przykładu postać cofnęła się o kilka kroków. Stworzenia znów zaczęły się do mnie zbliżać. Teraz szybciej i z większą zaciekłością stukając dziwnymi szczypcami, które, gdyby je zobaczyć na ekranie telewizora, prędzej wywołałyby śmiech lub zażenowanie, na pewno nie autentyczny strach.
Postać oddalała się coraz bardziej mimo mojego błagalnego wzroku
— Nie odchodź — udało mi się wyszeptać.
— To nie ja odchodzę, lecz ty.
Postać zniknęła i nagle zrobiło się przerażająco ciemno.
Poczułem na bosych stopach dotyk czegoś zimnego, jakby ktoś przykładał do nich dopiero co wyjęty z lodu, gruby nóż, teraz rozcinający moją skórę, pnący się w górę delikatnej podeszwy stopu. Nie czułem bólu, a jedynie łaskotanie, które w tym momencie był o wiele gorsze.
Krzyknąłem, zorientowawszy się, że do mojej obnażonej pachwiny dobierają się kolejne zimne szczypce i nakreślają krwawe linie na pokrytym gęsią skórką ciele.
Jęknąłem i poderwałem się z podłogi.
I znów znajdowałem się w swoim gabinecie. Siedziałem na lekko chyboczącym się krześle, dioda laptopa mrugała wciąż tak samo denerwująco. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Wszystko było w idealnym porządku. Nie było korytarza, nie było dziwnych stworów. Były za to jakieś szumy, które nagle przewróciły krzesło. Świat zawirował, upadłem na podłogę. Coś mną mocno targnęło. Poczułem ucisk na plecach, potem na klatce piersiowej, udach i w końcu na twarzy. Zamknąłem powieki.
Znów ciemność i chłód.
Po kilku sekundach udało mi się otworzyć oczy. Z oddali sączyło się żółte światło ulicznej latarni. Głowę miałem przyciśniętą do prawego ramienia.
Do mych uszu dobiegł warkot. Szybki, jakby… przejeżdżającego w oddali samochodu. Po chwili drugi, zwalniający. Zatrzymał się. Nie oddalił, a urwał jak przecięty nożem sznur. Zadrżałem.

— Nie patrz tam, nie oddalaj się. Spójrz na to, co jest dobre. Wróć do mnie. Ostrzegam cię…

Spróbowałem odchylić głowę w lewą stronę, a całą szyję przeszył ból, który po chwili ogarniał już każdy fragment ciała. Mimo to próba wykonania ruchu udała się. Głowa odskoczyła w bok i uderzyła w coś ostrego, co rozcięło mi skórę na policzku.

Poczekałem kilka sekund, aż wzrok przyzwyczai się do półcienia. Siedziałem za kierownicą samochodu o zmasakrowanej masce — zwiniętej jak harmonijka, wbijającej się w pień drzewa, znacznie bardziej materialnej niż świat, w którym jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że żyję.
Usłyszałem kroki i szybki, zdyszany oddech. Ktoś podbiegł do mojego samochodu z prawej strony i zajrzał przez wybitą szybę. Nie zdołałem jednak zobaczyć, kto, gdyż powieki znów opadły i przez długi czas nie chciały się podnieść, na nowo zatapiając mnie w majakach wywołanych uderzeniem.


Mam jeszcze kilka egzemplarzy tej powieści. Kto chciałby dostać w promocyjnej cenie, tego zachęcam do pisania do mnie na powaznypostczlowiek@gmail.com






Komentarze

  1. I o to właśnie w tym momencie wraz z przeczytanie ostatniego słowa pogubiłam się całkowicie
    Chce więcej 😳😳

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

Wszechmocny - fragment powieści #1

Lepiej nie będzie (11): Męczy mnie marnowanie życia