MORDERSTWO PRZY DRODZE KRAJOWEJ - recenzja




Tłuste lata kryminału trwają w najlepsze i nie zanosi się na to, żeby miało się cokolwiek zmienić. Tym bardziej, że historie kryminalne sprawnie przeplatają się z opowieściami psychologicznym i obyczajowymi. O przewodnictwie pewnego grafomana w rozpychaniu rynku wspominać nie będę, niemniej i on bardzo się przyczynia do promowania powieści kryminalnych i jej pochodnych. Z naciskiem na „pochodne”, bowiem coraz trudniej jest trafić na kryminał, który nie tylko porwie, ale i zachwyci.
Tymczasem miałem przyjemność przeczytać powieść Danki Braun Morderstwo przy drodze krajowej 94, rozpoczynającą nową serię dość poczytnej autorki, zdaje mi się jednak, że nie do końca popularnej. Choć jej najnowsza powieść jest jedenastą. W czym więc tkwi problem (jeżeli w ogóle)?
Morderstwo… jest powieścią opartą na autentycznej zbrodni, która została konkretnie zarysowana, dając możliwość jej rozwinięcia w ramach autorskiej fantazji (co ciekawe, inspiracją do napisania powieści była historia, która wydarzyła się w rodzinie autorki). Dotyczy zamordowania teściowej Danki Braun, której morderca został skazany na dwadzieścia pięć lat więzienia. Po odsiedzeniu wyroku rachunki zostały szybko wyrównane, bowiem niedługo potem w rzece znaleziono jego zwłoki. Sprawy nigdy nie wyjaśniono, natomiast Danka Braun postanowiła się nią zająć na kartach powieści. Do rozwikłania zagadki wynajęła Marka Filera — prywatnego detektywa, który prowadzi raczej sielankowe życie i rozwiązuje w głównej mierze sprawy dotyczące zdrad. I nagle trafia się morderstwo Kazimierza Kropa — człowieka, który ponad dwadzieścia pięć lat temu na potęgę gwałcił kobiety. Jeden z gwałtów zakończył się poronieniem kobiety, raz zawałem zgwałconej, a raz morderstwem, którego dopuścił się, bo jego ofiara nie okazywała strachu. A ten był dla niego niezwykle ważny, bo tylko w obliczu strachu ofiary otrzymywał tę przyjemność, której pragnął. Trafił za kratki, a po wyjściu na wolność nie cieszył się nią długo. Głównym podejrzanym stał się syn zamordowanej kobiety, który przed laty odgrażał się, że zabije gnoja. Dla policji sprawa wydała się prosta. Żona podejrzanego (czyli alter ego autorki) wynajęła Filera, aby znalazł zabójcę gwałciciela i oczyścił jego męża z zarzutów.
Tak oto rozpoczyna się złoty okres w działalności Marka Filera, którego życie dotychczas opierało się na podglądaniu niewiernych kochanków i zajadaniu się pysznymi śniadaniami i obiadami przygotowywanymi mu przez kochankę Magdę (jak na złość — jest ona byłą żoną policjanta, który prowadzi sprawę morderstwa. Taki zbieg okoliczności. Pierwszy z wielu, które składają się na powieść).
Fabuła opiera się na naprawdę dobrym koncepcie, potęgowanym tym, że część historii wydarzyła się naprawdę. Fabuła wciąga i trudno się oderwać od lektury. Ale jak na złość wiele czynników zdaje się usilnie próbować, aby książkę jednak odłożyć. Co tu mamy? Przede wszystkim słaby styl. Raczej nijaki i monotonny, co przekłada się na bezbarwność opisów i sztuczność wszystkich dialogów. Nie ma w tej książce dobrej rozmowy. Jest jedynie drętwe wymienianie zdań, które wypowiadane są w taki sam sposób, bez względu na to, czy mówi mężczyzna czy kobieta, dziecko czy kryminalista, starsza kobieta czy policjant. Choć autorka ma dobry warsztat, to brakuje jej wyczucia w prowadzeniu narracji, dobrego smaku w opisywaniu świata i lekkości pióra w tworzeniu dialogów. Brak tu jakiejkolwiek swobody, jakby czytało się powieść, która nie sprawiała przyjemności przy jej tworzeniu. Dodatkowo autorce brakuje wyczucia w kreowaniu bohaterów i konkretnych scen, przez co zbyt wiele razy czułem zażenowanie i irytację tym, co mówią bohaterowie lub w jaki sposób się zachowują. Już mniejsza o to, że główny bohater traktuje swoją kochankę jak pomoc domową (na co autorka bardzo wyraźnie zwraca co chwila uwagę. Początkowo myślałem, że będzie to miało związek z fabułą, tymczasem było to prostackie faworyzowanie szowinistycznych i gburowatych zachowań. Starałem się to jakoś usprawiedliwiać, żeby jednak nie rzucać tych oskarżeń, ale nie znalazłem w powieści żadnego wyjaśniania).

— Dałabym radę pogodzić studia i obowiązki macierzyńskie.

— Najpierw musisz się obronić. Nie chcę, żeby matka mojego dziecka była nieukiem. 

Pomijając to, wiele scen i dialogów miało tak absurdalny wydźwięk i przebieg, że można je było jedynie kwitować zirytowanym parskaniem. Tym bardziej, że książka opiera się na wspomnianych już zbiegach okoliczności, które nie tylko pomagają detektywowi w rozwiązywaniu sprawy, ale mają duży wpływ na zakończenie powieści, jawiąc się przez to jako nieprawdopodobne. A wszystko dla końcowego twistu fabularnego, który tak wywraca całą sprawę, że wszystkie wcześniejsze wydarzenia przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.
Po co się więc pojawiły?
Powieść usilnie starała się być połączeniem powieści kryminalnej z obyczajową. Marnie to wychodziło, bowiem znacznie lepiej zostało opisane samo rozwiązywanie sprawy. Niemniej życie prywatne i erotyczne głównego bohatera miało ostatecznie wpływ na zakończenie. Choć i to wypadło blado, bo było strasznie naciągane.
Sposób prowadzenia narracji w powieści przypomina mi bardzo styl Remigiusza Mroza — w oby przypadkach opiera się on na absurdach i drętwości. Natomiast opisane stosunki międzyludzkie i komentarze do nich w dużej mierze przywodziły mi na myśl sceny z Pokolenia Ikea Piotra C. Z tego połączenia wyklarował się ostatecznie autonomiczny styl Danki Braun, który pozostawia wiele do życzenia.
Powieść ma jednak dwa plusy — fabułę i postać głównego bohatera. Ten drugi jest swoistym dupkiem i idiotą, niemniej po zakończeniu lektury złapałem się na tym, że jestem ciekaw, jak potoczą się jego dalsze losy (a potoczą się, bo Morderstwo… jest pierwszym tomem zapowiadanego cyklu). Natomiast pomysł na fabułę powieści sprawił, że nie mogłem się od niej oderwać. Choć zbyt wiele czynników działało na jej niekorzyść, to jednak historia wciągnęła mnie na tyle, że bez trudu przeczytałem powieść, a z każdym kolejnym rozdziałem byłem coraz bardziej ciekaw zakończenia (które niestety rozczarowało).
Nie wiem, czy będę chciał sięgnąć po kolejne powieści Braun. Ale ciekawi mnie, jaki los zgotuje Markowi Filerowi, bo dobrej wyobraźni do konceptów nie można jej odmówić. Niemniej autorka potrzebuje się jeszcze wiele nauczyć, jeśli chodzi o pisanie kryminałów (może właśnie dlatego dość cicho było o jej wcześniejszych powieściach).
Jeśli natomiast lubicie powieści chociażby Remigiusza Mroza, to z pewnością ocenicie książkę Danki Braun o wiele wyżej niż ja, bo ode mnie dostaje 3,5/10.
Książka dostarcza ambiwalentnych uczuć, choć niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. Ale warto jej spróbować, żeby samemu się przekonać. Bo ostatecznie czas poświęcony na tę lekturę nie jest zmarnowany.


Autorka: Danka Braun
Tytuł: Morderstwo przy drodze krajowej 94
Wydawnictwo: Prozami
Liczba stron: 346
Cena: 36,90

Strona wydawnictwa:
https://www.prozami.pl/




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wszechmocny - fragment powieści #1

Lepiej nie będzie (11): Męczy mnie marnowanie życia