Czy po zlizaniu lukru cokolwiek dobrego zostaje?


Lukier miewa to do siebie, że po jego zlizaniu (dajmy na to z pączka) zostaje już tylko ta gorsza część. Sucha, często bez nadzienia, bo przecież nie opłaca się dawać dwóch smakołyków na raz. Z drugiej strony, gdyby chcieć zjadać lukier powoli, z każdym kolejnym kęsem całości pączka, to i tak pokruszy się i odpadnie, pozostawiając po sobie jeszcze mniej. W przypadku powieści Malwiny Pająk mamy do czynienia z obiema opcjami. Pierwsza ma miejsce, gdy przeczyta się opis książki. Druga — gdy jednak pozostanie się w niewiedzy, o czym właściwie jest powieść, aby odkrywać ją krok po kroku.
W obu przypadkach jednak pozostanie się raczej niezadowolonym. A wszystko przez to, że poniekąd cała fabuła zostaje streszczona w tekście polecającym, a autorka postanowiła nam dać niewiele więcej.
Przedstawiła nam dwie bohaterki — Julkę, która handlując kokainą wpada w kłopoty, a dodatkowo ma problemy z patologiczną rodziną, i Ankę, która dobrze radzi sobie w nieźle płatnej korporacji, ale przez ciągły kontakt ze swoim byłym facetem musi ją zmienić. Natomiast ją samą zmienia mąż, z którym i tak się nie dogadywała. Mamy więc dwa kontrapunkty — przedstawicielki różnych warstw społecznych, które kilka razy spotkają się na ulicy, ale pozostaje to bez wpływu na ich życie, więc także i na fabułę. Ta jest poprowadzona dobrze, ale brak w niej smaku, brak skoków w bok. Akcja toczy się od punktu A do punktu B, przy czym zakończenie (czy też jego brak, bowiem powieść w pewnym momencie się po prostu urywa) sprawia ważenie, jakby żadnego punktu B nie było. Ot, poznaliśmy ciekawsze fragmenty życia normalnych, szarych ludzi, których codziennie spotykamy i którymi sami jesteśmy. Zaskoczeń nie ma, zwrotów akcji nie ma, nie ma także punktu kulminacyjnego, bo przecież takie jest życie — to nie thriller, tylko rozciągnięta na poszczególne dni, płytka egzystencja, w której czasem można się upić, czasem pokłócić, a czasem nawet gdzieś wyjechać, żeby uciec od innych smutnych elementów warszawskiego życia.
Książka napisana jest dobrze, trzeba autorce przyznać, że potrafi posługiwać się słowem. Styl nie jest doskonały, ale widać dobrze wypracowany jak na debiutantkę warsztat (Pająk ma już za sobą kilka mniejszych publikacji). Niemniej brakuje w powieści smaku i charakteru, który wyniósłby „Lukier” ponad wiele innych przeciętnych książek, które opowiadają w zasadzie o niczym. A to, że powieść Malwiny Pająk do nich należy, niech potwierdzi fakt, że po lekturze trudno ze szczegółami pamiętać, o czym właściwie był „Lukier” — sam nie wiem, co się tam działo, jakie myśli tłoczyły się w głowach bohaterek. Wydarzenia z nimi związane można streścić w tych zaledwie kilku zdaniach, które zapisałem powyżej. Przez to mam też pewną wątpliwość, czy warto dla nich poświęcać swój czytelniczy czas.
Niemniej będę czekał na kolejną powieść Malwiny Pająk (jeżeli autorka takową w ogóle planuje). Jest szansa, że zaserwowałaby nam coś ciekawszego, bo w sposobie opowiadania widać pewien potencjał. Autorka musi go jednak dopiero wzniecić, bo na razie jedynie licho się tli.

Moja ocena to 4/10.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wszechmocny - fragment powieści #1

Lepiej nie będzie (11): Męczy mnie marnowanie życia