Dziennikarz - fragment 3


Książkę kupisz w przedsprzedaży w promocyjnych cenach na: stronie wydawcy (-30%: https://tiny.pl/tbhr3) oraz na Taniej Książce (-26%: https://tiny.pl/tbq2s). Zachęcam też do dodania "Dziennikarza" na swoją półkę na Lubimy czytać: https://tiny.pl/t3rcm


Rozdział 2

Ślęczał nad komputerowym wydrukiem numeru i sprawdzał, czy w jego dziale, którego redaktorem prowadzącym był od miesiąca, są jeszcze jakieś błędy. Miał kilka poprawek, choć nie powinno być żadnej. Numer powinien zostać wysłany do druku za dwie godziny, tymczasem do Tomka, który zajmował się składem, ustawiła się kolejka. Część osób nie znała znaków korektorskich, dlatego musiała z Tomkiem osobiście omawiać wszystkie naniesione poprawki. Część znała, ale ich ingerencje w tekst wpływały na wygląd całej strony, dlatego w tym przypadku bezpośrednia współpraca z osobą od składu była konieczna – i to oni najwięcej czasu teraz zajmowali. Dlatego Eryk nanosił jedynie najprostsze zmiany, używając znaków korektorskich, a gdy skończył, podszedł do biurka Tomka i po prostu rzucił mu wydruk.
– Dzięki! – Nie czekając na jakikolwiek komunikat zwrotny, wyszedł. Spojrzał znacząco na Michała, który był drugi w kolejce, i poszedł po płaszcz. Przerzucił go przez ramię, po czym spojrzał jeszcze do drugiego pomieszczenia. Powietrze tam niemal falowało od wrzącej pracy i zdawało się śmierdzieć potem, choć mógł to być jedynie grzyb na ścianie albo stare, zatęchłe biurka z płyt wiórowych.
Ta część piętra zarezerwowana była dla najmniej ważnych pracowników – tak ich określał Eryk, choć stanowili niekiedy podstawę całej redakcji. Przy końcowym etapie prac nad najnowszym numerem pracowali już przy kolejnych materiałach, mając zazwyczaj za zadanie wypełnić ostatnie strony lub stworzyć podłoża dla teksów na strony początkowe.
Mimo ciągłego zapieprzania wszyscy ze wszystkim byli spóźnieni. Aktualny numer był pierwszym, który miał się ukazać w sobotę zamiast w niedzielę, która, przez przyjętą cztery miesiące wcześniej ustawę o niedzielnym zakazie handlu, miała być dniem niepracującym. Dlatego się nie wyrabiali, bo mieli o jeden dzień mniej – zbyt późno przestawili się na nowy tryb pracy, z tyłu głowy cały czas mając o jeden dzień więcej. Eryk ciekaw był, ile jeszcze razy będą stali w kolejce do Tomka, ile razy w ostatniej chwili będą zmieniać niektóre artykuły i ile razy będą się stresować, że i drukarnia, specjalnie lub nie, pokaże im wszystkim środkowy palec.
Domyślał się, że Filip tylko jedną trzecią swojego aktualnego czasu spędza przy biurku, a pozostałe dwie trzecie na paleniu i wizytach w ubikacji. Ale to nie lenistwo, tylko stres. Zapewne już niedługo odpocznie – w łóżku szpitalnym, po rozległym wylewie.
Odgonił wszelkie myśli o jakichkolwiek większych obsuwach, które mogłyby doprowadzić do spóźnionego kontaktu czytelników z gazetą. Byli przecież pismem poważnym i profesjonalnym, potrafiącym radzić sobie w każdej sytuacji. Przy jakimkolwiek niepowodzeniu spadały także morale osobistych czytelników Eryka. Cały czas bowiem promował on czasopismo na wszelkie możliwe sposoby. Przy czym wiele osób z pewnością kupowało „Tygodnik Bezpośredni” jedynie ze względu na jego teksty. Eryk, mając tego świadomość, czuł się jak dziewiętnastowieczny felietonista – jak Bolesław Prus, którego nazwisko sam dumnie nosił, czy inny Sienkiewicz – których teksty tak naprawdę utrzymywały dane gazety. Co prawda Eryk aż takiego wkładu w działalność tygodnika nie miał, niemniej jego pozycja była bardzo istotna.
Patrzył na te wszystkie szare myszy, których obecność nie była tak naprawdę przez nikogo dostrzegana. Siedzą przy biurkach ze sklejek, przy ściankach ze sprasowanego kartonu, odgradzających ich od okien, od promieni słonecznych, które w czasie pracy jako jedyne dają znać o istnieniu świata zewnętrznego. Zapatrzeni w małe monitory, stukają w drobne klawisze klawiatur i myślą, że cokolwiek mogą. A są jedynie niewolnikami Molocha, sługami Mordoru, który zajmuje zaledwie kilka pięter, połączonych nawet nie windą, a schodami. Te prowadziły do świata zewnętrznego, w którym przecież nie potrafiliby sobie poradzić. Byli jak dzieci unieruchomione w kołyskach albo starcy podłączeni do respiratorów, którzy albo dostaną energetycznego kopa – raz, drugi, trzeci, tysięczny – albo zostaną wylani na bruk wraz z całym tym brudem, który gnieździ im się w głowach.
Eryk uśmiechnął się na myśl, że już nigdy więcej nie będzie w podobnie nędznym położeniu.

***

Wyszedł przed budynek i zapalił ostatniego papierosa z paczki. Oparł się o ścianę i zapatrzył w czarny napis „Tygodnik Bezpośredni”, umieszczony na ciemnopomarańczowym tle, gdzie wyeksponowane zostało jedynie słowo „Bezpośredni”, a „Tygodnik” przylegał od lewej strony do litery „B”.
Eryk nie lubił tego logo, ale ktoś najwyraźniej stwierdził, że jest ono chwytliwe i zapada w pamięć. To drugie być może, bez pewności jednak, czy w pozytywnym sensie.  
Poczuł na twarzy pierwsze krople deszczu.
Odwrócił wzrok i zawiesił go na przechodniach, przemierzających w obie strony chodnik wzdłuż alei Piłsudskiego. Po prawej widział przystanek Piotrkowska Centrum z kolorowym dachem, a po lewej Galerię Łódzką, gdzie aktualnie kręciło się najwięcej osób.
Ludzie robili zapasy na weekend. Prawie jak przed świętami, pomyślał Eryk, dopalając papierosa. W momencie gdy chciał już sięgnąć po następnego, z budynku wyszedł Michał.
– Dziewczyny jeszcze są na górze? – spytał Michała.
– Jak zawsze.
Eryk dopiero teraz spostrzegł, że w paczce nie ma już więcej fajek. Wziął jednego od Michała, który palił camele – dla Eryka zbyt miękkie, rozlazłe, źle się palące.
Podpalił sobie i podał Michałowi zapalniczkę.
– Daria jest u naczelnego, Manuela pracuje, a Malwina… W sumie nawet nie wiem. Pewnie z Darkiem coś załatwia.
– Przypadek…?
Michał jedynie wzruszył ramionami. Był zbyt zmęczony na głupie żarty.
Ruszyli w stronę Piotrkowskiej, w którą skręcili i zatopili się w tłumie, który powinien być teraz w domach, a zamiast tego snuł się po betonowych płytach, niby znając cel swej wędrówki. Eryk nigdy nie wiedział, jaki finał będzie miał wieczór rozpoczęty w tym właśnie miejscu.
Wraz z Michałem i częścią dziennikarzy z ich piętra kończyli pracę zaraz po zdaniu ostatecznych wersji swoich tekstów do składu. Zawsze wypadało to w sobotę, teraz więc, w piątek, mogli cieszyć się złudzeniem, jakoby ta była wolna, tymczasem w świecie, gdy wszystko jest „na wczoraj”, trzeba zapieprzać cały czas. Jutro więc wolnego nie mieli. Praca nad kolejnymi numerami nie mogła się zatrzymać, więc znów jedynie jeden wieczór im pozostawał na chillout.
Wybiła pierwsza, gdy weszli do pubu na skrzyżowaniu ulic Kościuszki i Struga. W środku było zupełnie pusto, można było dostrzec jedynie osoby należące do personelu. Za barem stał młody chłopak, natomiast w końcu nieoświetlonej sali krzątała się kobieta w stroju woźnej. Pomieszczenie znajdowało się na poziomie minusowym i było odcięte od światła dziennego, którego i na zewnątrz znacznie brakowało.
– Dwa razy tyskie. – Eryk zamówił piwo u średniego wzrostu, zarośniętego barmana z dziwnym uśmiechem na twarzy, wyglądającym, jakby chłopak – na oko dwudziestokilkuletni – nieźle się zjarał.
Bar był wąski, obok stały trzy krzesła, ale chyba tylko po to, aby można było usiąść i popatrzeć na młodą barmankę, która robiła coś na zapleczu.
– Szesnaście złotych.
– Dzięki.
Zapłacili osobno i poszli do sali dla palących. Usiedli przy drewnianym stoliku z kanapami. Potrzebowali więcej miejsca, niż zapewniały małe stoliki, będące głównym wyposażeniem sali. Czekali na kilka osób.
W tle cicho grała jakaś nieinwazyjna muzyka.
Eryk zapatrzył się w książki, licznie spoczywające na metalowych półkach. Lubił to miejsce między innymi – a może nawet przede wszystkim – za nie. Szkoda mu było, gdy spostrzegł, że część z nich jest ordynarnie obcięta i wmurowana w ścianę.
– O czym teraz piszesz? – spytał Michał, robiąc pierwszy łyk piwa i wyjmując na stolik paczkę cameli.
Cotygodniowy rytuał został więc i tym razem wypełniony – piwo, papieros, standardowe pytanie o najnowsze teksty.
– Kurwa, zapomniałem kupić, a mi się skończyły. – Ruchem głowy wskazał na papierosy.
– Częstuj się. Więc co piszesz?
Eryk wziął papierosa z myślą, że szkoda będzie mu opuszczać ten piękny świat z powodu raka płuc, ale nie potrafił się powstrzymać. To trochę jak bycie wielkim statkiem, w którego polu widzenia pojawia się góra lodowa. Albo się ją rozpieprzy, albo statek zatonie.
A może wcale nie będzie żadnej góry lodowej?
– W sumie to jeszcze kończę tekst o Zdanowskiej do łódzkiego wydania. Zacząłem pisać o śmierci tego trzydziestolatka, co go pokroili, ale zapomnieli włożyć wszystkiego z powrotem. Jak na razie przeczytałem dopiero maila od ordynatora. Zanim zacznę dalej cokolwiek dłubać, to muszę do niego zadzwonić. Jak mi się, kurwa, nie chce…
– Widziałem, że byłeś u Filipa. – Michał nagle zmienił temat, jakby odpowiedź na wcześniejsze pytanie w ogóle go nie obchodziła.
– No byłem. – Eryk wziął głęboki łyk piwa, którym popił haust dymu.
– Coś ciekawego?
– Możliwe, że w niedzielę będę jechał do Krakowa.
– Współczuję.
Ton Michała zupełnie nie wskazywały jednak na jakiekolwiek współczucie. Dziennikarz wiedział, że delegacje zawsze były ciekawą odmianą od codziennego siedzenia w zatęchłym biurze, przy bujających się biurkach, pijąc rozpuszczalną kawę w tandetnych kubkach z pozdzieranymi napisami „Nescafé”, pamiętającymi jeszcze  poprzednie dziesięciolecie.
– Spoko, teraz już nie powinno tam być aż tak trująco, smog powoli opada. – Uśmiechnął się. – Nie no, dawno nigdzie nie byłem, w sumie chętnie się przejadę.
– Po co właściwie?
– Jakaś laska ma podobno ciekawą sprawę. Filip chce to mieć, Dominik przyklepał, a ja nie narzekam. Zawsze chętnie poznaję nowe twarze. – Znów się uśmiechnął się, tym razem porozumiewawczo.
– I chyba nie tylko twarze. – Michał wyciągnął nogi, niby przypadkowo trącając Eryka w stopę, po czym też się uśmiechnął, lecz bardziej szyderczo niż w zadowoleniu. – Ja mam już niemal wszystko dopięte na dwa tygodnie – dodał poważnie, jakby też chcąc czymś zaplusować.
– To ci pewnie Filip da jakieś szorty czy bable.
– Niech tylko, kurwa, spróbuje. Mam go… je – poprawił się szybko – serdecznie w dupie. Poza tym muszę pojeździć trochę po Łodzi, bo jeszcze nawet nie zacząłem sprawy z tymi liceami.
– Ja tam czasem biorę szorty. Dopiero co kupiłem mieszkanie i wiesz, spłukałem się zupełnie, poza tym jest puste. Jestem chętny na każdy dodatkowy hajs.
– Ja gówna na chodniku wolę omijać.
– Ale to jest jak takie zimowe gówno. Zmarznięte, więc twarde, nieśmierdzące.
– Sam najchętniej wyniósłbym się gdzie indziej.
– Na przykład?
Znów palili. Z piwem dobijali do połowy kufli. Szło im trochę zbyt szybko.
Tymczasem w barze w końcu ktoś się pojawił – jakaś para nastolatków, która usiadła przy ścianie z dużym lustrem, w którym dziewczyna od razu zrobiła sobie kilka zdjęć. Jej chłopak był wyraźnie zażenowany, choć jego grzywka i czarne rurki wskazywały, że też lubił się sobie podobać.
– Słuchaj, nie wiem. Gdziekolwiek.
Eryk wyjął telefon i zrobił zdjęcie kufla piwa na rozmazanym tle książek. W pomieszczeniu panował półcień, ale aparat jego samsunga galaxy dawał radę. Już nie raz zastanawiał się nad kupnem iPhone’a, ale wkurwiał go ten cały hajp na Apple, rozdmuchiwany przez nastolatków i memy o nich. Nie do końca chciał się w to włączać, a poza tym jakość aparatów obu marek była porównywalna.
Wrzucił zdjęcie na InstaStory z ankietą:

Piątkowy chill?
Jak zawsze | Nie tym razem

– Musiałbyś się chyba do Wawy przenieść. Wątpię, żebyś znalazł tutaj coś bardziej satysfakcjonującego. – Trochę sobie połamał język na tym słowie. Niby pił pierwsze piwo, ale już zaczynało działać. Ostatni raz jadł dawno temu, poza tym był zmęczony. – I jednocześnie w podobnej branży.
– I to jest mój problem, stary. Nie chce mi się stąd ruszać dupy, choć mam po dziurki w nosie tego szajsu. Przecież to jest gówno. To jakby… – Zamyślił się, szukając porównania. – Nie wiem, nawet nie mam porównania, bo do jakiejkolwiek „Polityki” czy „Wyborczej” nam cholernie daleko, ale jednocześnie chyba jesteśmy nieco ponad „SuperNewsem” czy innym „Faktem” bądź „Ekspresem”.
– Wiesz, istnieje jeszcze jakiś, kurwa, „Tele Magazyn” czy inna „Wróżka”.
– W sensie szukasz porównania czy pracy dla mnie?
– Wydaje mi się, że i tego, i tego.
Zaśmiali się ironicznie.
– Pięć lat studiowania filologii polskiej po to, żeby wylądować w taki miejscu.
– Trzeba było pociągnąć do doktoratu i zostać na uczelni – ironizował Eryk.
– Już nie wiem, co byłoby gorsze.
– Ja wiem, co byłoby lepsze. – Eryk powoli dopijał swoje piwo. – Mam kolegę… Czy raczej miałem, który bez studiów ogarniał sobie jakieś szkolenie, zaczynając od pracy na kasie, potem przeszedł do jakiegoś banku, gdzie każdego dawali na jakieś bezsensowne szkolenia. W końcu wylądował na helpdesku – tu, w Łodzi. Po dwóch latach przeniósł się do Wawy i robi w branży IT, dopiero teraz zaocznie ogarniając studia. Tylko po to, żeby na spokojnie móc przeskoczyć z ośmiu tysięcy miesięcznie na piętnaście, bo wyższe stanowiska wymagają papierka.
– O kurwa… A to wcześniej papierka nie potrzebował?
– To zagraniczna firma, nie jakieś polskie gówno. Wiesz, tam najpierw pytają, co umiesz. Jeśli trafiasz w jakikolwiek sposób w ich standardy, to sadzają cię na miękkim krzesełku i każą udowodnić, czy nie nakłamałeś w CV. Przy czym pierwszym etapem jest rozmowa o wszystkim i o niczym. Jak się nie jąkasz i mówisz logicznie, to znaczy, że masz podstawy. A jak potem, w kolejnym etapie, udowodnisz im, że potrafisz robić to, czego potrzebują, to cię biorą. Na chuj im jakieś papierki, gdy człowiek ma umiejętności. To się właśnie nazywa porządna firma.
– U nas, jak nie masz nic, to cię wyśmieją. Miej magisterkę, to możesz zostać nauczycielem. Zrób doktorat, to cię, kurwa, na kasę nie przyjmą, bo masz za duże kwalifikacje.
– On mówił, że tam często przewijają  się ludzie po filologii.
– Przewijają.
– No jasne, wiadomo, nie każdy zostaje, część przerzuca papierki w nieskończoność, ale ten koleś też przez pierwsze lata przerzucał papierki. Przy czym on nie tracił czasu na pierdolenie się z kolokwiami i egzaminami, tylko od razu wystartował. No i siadło.
– Ja bym tak nie potrafił.
– Trzeba tylko chcieć.
– To dlaczego sam tak nie zrobiłeś?
– A kto powiedział, że coś takiego bym chciał? Ja preferuję nieco inną życiową rozrywkę. – Pokazał mu swoją stronę na Facebooku, której niedawno wybił kolejny tysiąc polubień.
– Kurwa, czyli rozumiem, że jest nią zbieranie lajków na fejsie? To prawie jak gra w Pokemon GO.
– Nie, jest nią bycie osobą medialną, rozpoznawalną, potrafiącą kreować opinie i na nie wpływać. Influencing, mówi ci to coś?
– Tak. To ma coś wspólnego z memami o nastolatkach?
– Wiem, że aktualnie jakieś dzieciaki też chcą takie być – zebrać dwa tysiące obserwatorów na Instagramie i mówić, że są influencerami, próbować kreować albo promować coś, co do nikogo nie dociera. Firmy, które potem je sponsorują, już się nauczyły, że nie tędy droga.
– Ty to masz naprawdę utopijne myślenie, stary…
– Wcale nie. Między innymi dzięki temu jeszcze podczas studiów znalazłem pracę. Jestem osobą rozpoznawalną – powtarzał to jak mantrę. – Dzięki temu ludzie kupują moje teksty – choć niestety bezpośrednio na tym nie zarabiam. Ale na przykład napisałem kilka razy o przeprowadzce i przychodzą mi teraz różne drobne rzeczy, którymi wypełniam sobie nowe mieszkanie. Za głupie oznaczenie na Instagramie i powiedzenie, że to coś jest spoko, przydatne i tak dalej.
– Trochę trudno mi uwierzyć, że na studiach byłeś na tyle rozpoznawalny, że dostałeś pracę.
– Akurat tu cię zaskoczę…
– Chodzi mi o to – przerwał mu Michał, chcąc coś jeszcze dopowiedzieć – że trochę trudno być w tym wieku aż tak medialną osobą.
– Wtedy jeszcze rzeczywiście tak nie było, ale moje konto na Facebooku i blog zadziałały jak portfolio. Ile osób stara się o pracę po studiach dziennikarskich albo w trakcie? Wiele. Ile osób ma swoją markę, którą ludzie cenią?
Pytanie zawisło w powietrzu.
– Jebany świat infantylnych mediów – podsumował Michał.
Eryk usłyszał w głosie kolegi nutę zazdrości.
– Nie, mój drogi. Nowoczesny rynek, w który ja się wpasowuję. I nawet nieźle mi to wychodzi.
  Cóż za narcyzm.
– Pewność siebie – poprawił go. – Bez niej niewiele się w życiu osiąga.
Już chciał dodać, że Michał sam dobrze o tym wie, ale na szczęście ugryzł się w język. Nie chciał aż tak bardzo mu docinać. Nie byli prawdziwymi kumplami, a jedynie kolegami z pracy. Przy takich relacjach nie można było sobie pozwalać na zbyt wiele – dosadna, choć czysto ironiczna szczerość nie jest domeną relacji między współpracownikami.
Na wspomnienie o niebezpośrednim zarabianiu na tym, co pisze, Eryk przypomniał sobie swój niegdysiejszy pomysł na napisanie książki. Marzył o tym od studiów, dwa razy zaczynał nawet pisać, ale ostatecznie nic z tego nie wychodziło. Chyba nie potrafił, a wiedział, że ona mogłaby mu przynieść szerszą popularność, bo wkroczyłby w świat beletrystyki. A i zarobić mógłby nieźle, gdyby dotychczasowi fani odpowiednio się nią zainteresowali.
Miał już pewien szkielet, który od dawna obracał w myślach, miał głównego bohatera, wymyślił sprawę, która mogłaby go zajmować, nie miał jednak pierwszego zdania, pierwszej sceny, bez czego trudno było mu myśleć nad konkretnym ciągiem dalszym.
W momencie, gdy znów zaczął rozważać, jakimi słowami mogłaby się zaczyna jego książka, ze świata fantazji wyrwał go widok reszty dziennikarskiej kompanii, która wkroczyła do baru. Przyszli Daria, Szymon, Dariusz i Manuela, trzymająca się dziwnie blisko tego przedostatniego.
– Widzisz ją? – spytał Michał, w końcu mogąc przerwać trochę niezręczną ciszę, która panowała przez ostatnią minutę.
– Zasadniczo to mało mnie już ona obchodzi. Dzisiaj chciała o czymś pogadać, ale akurat szedłem do Filipa.
– No, widziałem. Już jej nie pomagasz? – Puścił do Eryka oko.
– Mówiłem ci, mam ją w dupie.
To Eryk wprowadził Manuelę do redakcji. Nikt nie zaprzeczyłby, zapewne i on sam również, gdyby powiedziano, że weszła mu po to do łóżka, ale nikt też o tym głośno nie mówił. Manuela dobrze pisała i to się liczyło. Tak twierdził Filip, który chyba jako jedyny nie wiedział, skąd się nagle wzięła u niego w gabinecie, mimo że nie potrzebowali nikogo nowego.
Niedługo potem zaczęła się prowadzać z Dariuszem od internetowych newsów – nieco szerokim, zarośniętym chłopakiem, chodzącym w swetrach od Hilfigera i jeżdżącym matizem. Eryk śmiał się w duchu na obraz Manueli wsiadającej do jego czerwonego „porsche”. Jeszcze ich na tym nie przyłapał, ale to była kwestia czasu. Dla Eryka nie miało to też większego znaczenia. Chciał ją tylko kilka razy przelecieć, ona chciała pracę, więc się dogadali. Pracując w jednym biurze, dalsza relacja byłaby nawet nie na miejscu. Możliwe, że właśnie o tym chciała mu wtedy powiedzieć, ale on wolałby to zostawić jako logiczne niedopowiedzenie.
Choć musiał przyznać, że każde ciało, które nagle staje się niedostępne, wywołuje w nim swego rodzaju tęsknotę. Zazdrość. Ale wiedział, że przyda mu się jakaś odmiana.
Daria i Szymon usiedli naprzeciwko nich, Manuela i Darek – z boku stołu. Eryk pomyślał, że następnym razem ta para już tu zapewne nie przyjdzie – albo zmienią lokal, grupę, albo wskoczą na nieco inne stanowiska i zamiast nie mieć nic do roboty w niektórych momentach będą zapieprzać w nieco większym akwarium. Tym samym wolny czas Eryka i Manueli przestanie się zazębiać.
Dziennikarz sprawdził Facebooka, na którego niedawno wstawił zdjęcie swojego rysunku. Wywołał małą burzę. Odezwał się nawet ktoś z „SuperNewsu” – kojarzył nazwisko, ale nie interesowało go, jakiej treści był to komentarz. Domyślał się, że to nic pozytywnego.
Lubił taki szum.
Niemal już skończył drugie piwo. Michał gadał z Darią. On nie za bardzo chciał włączać się w rozmowę. W ciągu kilku minut dopił więc alkohol i poszedł do baru, gdzie nagle zrobiło się tłoczno. Przyszła jakaś grupa studentów – dwóch chłopaków, którzy czekali na piwo, oraz dwie dziewczyny, które usiadły na stołkach i czekały. Jedna spojrzała na Eryka w sposób obojętny, ale potem dziennikarz dostrzegł w jej oku swego rodzaju błysk.
To na pewno refleks świetlny, pomyślał, choć znał tego rodzaju spojrzenia, które już w pierwszej chwili mówiły, że wystarczy drobny bajer, żeby kobieta dała się zaprowadzić do łóżka. Bo sama tego chciała.
Przecież obie płcie są w tej kwestii podobne. Jedynie trzeba szukać takich osób, które się tego nie boją i chcą korzystać z przyjemności, która jest im na co dzień dawana. Eryk nauczył się już rozpoznawać podobne spojrzenia oraz wewnętrzne chęci.
Zamówił piwo i obserwował, gdzie ostatecznie usiądzie grupka studentów.
Sala dla niepalących.
Miał nadzieję, że dziewczyna w pewnym momencie będzie chciała zapalić i wtedy albo wyjdzie na zewnątrz, albo przejdzie do ich sali, co Eryk musiałby zauważyć. A więc i wykorzystać.
Zauważył piętnaście minut później.


Fragment czwartyhttps://tiny.pl/7x7jw


Książkę kupisz w przedsprzedaży w promocyjnych cenach na: stronie wydawcy (-30%: https://tiny.pl/tbhr3) oraz na Taniej Książce (-21%: https://tiny.pl/tbq2s). Zachęcam też do dodania "Dziennikarza" na swoją półkę na Lubimy czytać: https://tiny.pl/t3rcm

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wszechmocny - fragment powieści #1

Lepiej nie będzie (11): Męczy mnie marnowanie życia